Aktualności

Kontrowersje wokół „Inki”, czyli historia pewnej rozmowy…

Danuta Siedzikówna w Narewce, 1945 rok, fot. Archiwum rodzinne Wandy Górskiej
Danuta Siedzikówna w Narewce, 1945 rok, fot. Archiwum rodzinne Wandy Górskiej

Kiedy zaczynałem interesować się historią Danuty Siedzikówny, znanej jako sanitariuszka ?Inka?, nie przychodziło mi do głowy, że dla kogokolwiek może to być postać kontrowersyjna. Wiadomo, inaczej rzecz się ma z żołnierzami walczącymi z bronią w ręku, których decyzje związane z likwidowaniem tych czy innych wrogów mogły czasem budzić różne zastrzeżenia oraz powodować mieszane uczucia. Ale nieletnia łączniczka nosząca znak czerwonego krzyża na ramieniu, rozstrzelana przez komunistów w podziemiach gdańskiego więzienia za dotrzymanie słów przysięgi i nie wydanie żadnego ze swych współtowarzyszy walki? Dziewczyna, która w ciągu niespełna osiemnastu lat swego życia wycierpiała tyle, że niejeden mieniący się ?prawdziwym twardzielem? już dawno by się złamał? A jednak. Nie pierwszy raz życie napisało scenariusz wykraczający poza klasyczne kanony mojego rozumowania. Ale po kolei…

Niedawno podjąłem się kolejnej wyprawy podążającej jej śladami. Tym razem zdecydowałem się wybrać w rodzinne strony dziewczyny, czyli na Podlasie. Są to ziemie dość specyficzne, jak na polskie warunki, ponieważ w wielu ich miejscowościach i wioskach element katolicki stanowi zdecydowaną mniejszość w stosunku do ilości osób prawosławnych. I chociaż daleki jestem od dzielenia ludzi według kryterium wiary (przecież choćby mój pochodzący z Białegostoku dziadek wyznawał chrześcijaństwo obrządku wschodniego), okazuje się, że tego typu podziały występują w niektórych miejscach niezależnie od naszych dobrych chęci. O bardzo sceptycznym nastawieniu podlaskiej ludności wobec oddziałów antykomunistycznej partyzantki oraz problemach, na jakie natrafiają osoby pragnące upamiętnić wielu z działających tam polskich bohaterów wiedziałem już wcześniej dzięki sygnałom otrzymywanym od ludzi zaangażowanych w te sprawy, jak choćby pan Bogusław Łabędzki ? lokalny katecheta oraz znawca tutejszej historii i realiów. Miałem również informacje o perypetiach, z jakimi zmaga się rodzina ?Inki? oraz liczni działacze patriotyczni w Narewce ? miejscowości, w której Danka spędziła część swojego krótkiego życia. Słyszałem o niemożności przeforsowania zmiany patrona szkoły podstawowej w Narewce z niemieckiego, a później sowieckiego kolaboranta, członka lokalnego prężnego Komitetu Białoruskiego ? Aleksandra Wołkowyckiego, na Danutę Siedzikównę. Dzięki tej wiedzy nie zostałem porażony niczym gromem, gdy przyszło mi skonfrontować się bezpośrednio z białoruską społecznością Guszczewiny ? wsi, w której prawdopodobnie urodziła się ?Inka?. Piszę ‚prawdopodobnie’, gdyż według innych relacji miała ona urodzić się w leśniczówce w pobliskiej Olchówce, gdzie następnie przez wiele lat mieszkała i wychowywała się. Ponieważ są to informacje pochodzące od rodziny Danki, nie można ich lekceważyć, jednakże na potrzeby uproszczenia odbioru tekstu w dalszej jego części przyjmę tu za autentyczną wersję z Guszczewiną ? bardziej popularną w nader skromnej dotychczasowej literaturze zagadnienia i rozpowszechnioną m.in. przez takich znawców tematu jak Piotr Szubarczyk czy też wspomniany wcześniej Bogusław Łabędzki. Również lokalna ludność Guszczewiny, bez względu na swój stosunek do sanitariuszki od ?Łupaszki?, wskazała mi jednoznacznie miejsce jej urodzenia w nieistniejącym już dziś domku stojącym niegdyś wzdłuż jezdni między obecnymi budynkami numer 23 i 25.

Prawdopodobne miejsce urodzenia Danki w Guszczewinie, fot. Marcin Majchrowski
Prawdopodobne miejsce urodzenia Danki w Guszczewinie, fot. Marcin Majchrowski

Do Guszczewiny trafiłem we wtorek, 11 marca, około południa po wstępnym objechaniu miejsc związanych z historią ?Inki? w położonej nieopodal Narewce. Mimo że dzień był bardzo ładny i słoneczny, choć nadal chłodny (w końcu była to pierwsza połowa marca), wioska zdawała się wciąż tkwić w głębokim zimowym śnie. Moje wejście na jej teren początkowo nie wywołało najmniejszego zainteresowania lokalnej społeczności, której całość zdawał się na tę chwilę stanowić jeden, w moim odczuciu nie do końca sprawny umysłowo, osobnik w średnim wieku stojący na szosie przy traktorze. Na moje pytanie o domek numer 25 uśmiechnął się jakoś dziwnie, niemniej jednak wskazał właściwy kierunek. Gwoli wyjaśnienia: kierunek w Guszczewinie mógł być tylko jeden, bo to typowa mała wioska, składająca się z jednej szosy skręcającej pod kątem 90 stopni w środku wsi. Moje pytanie spowodowane było po części instynktem samozachowawczym ? byłem intruzem w obcym miejscu, więc należało jak najszybciej pokazać swoje pokojowe zamiary osobie spoglądającej na mnie od samego początku mego pochodu przez Guszczewinę, a po części ciekawością i chęcią nawiązania pierwszego kontaktu z kimś lokalnym. Ponadto miałem przez chwilę drobne wątpliwości, bo nie widziałem jeszcze skrętu w lewo pod kątem prostym i brakowało mi budynków, które miałyby zapełnić brakujące numery do dwudziestego piątego. Mój rozmówca po wskazaniu kierunku wykonał jeszcze gest, który zrozumiałem jako zachęcenie do kupna czegoś, co wyglądało jak zwykłe kamienie umieszczone w przyczepie traktoru, obok którego staliśmy. Nie zatrzymywał mnie jednak na siłę, więc poszedłem przed siebie. Po odkryciu zakrętu wydłużającego wieś znacznie, zdecydowałem się cofnąć po samochód i podjechać pod sam dom, w którym ponad 85 lat temu urodziła się Danuta Siedzikówna. Zaparkowałem po przeciwnej stronie jezdni, wyszedłem z auta i dostrzegłem starszą kobietę pracującą w ogródku interesującej mnie posesji. ?Gdyby Danka żyła, być może tak właśnie dziś by wyglądała? – pomyślałem. Z tych krótkich rozważań zostałem natychmiast wyrwany przez zadane mi po rosyjsku pytanie: ?Szto wam nużna (czego potrzeba)??. Zacząłem wyjaśniać, przechodząc stopniowo na język polski, co mnie sprowadza w to miejsce. W międzyczasie spostrzegłem, że historię sanitariuszki 5 Wileńskiej Brygady AK opowiadam już nie jednej, lecz dwóm osobom, gdyż nie wiadomo skąd pojawił się obok mnie przy płocie kolejny z miejscowych. Oboje doskonale rozumieli o czym mówię, a po chwili wyjaśnili mi też wspólnie, że stojący obecnie dom pod numerem 25 nie jest jednak dokładnie tym, w którym urodziła się ?Inka?. Otóż wedle zgodnych relacji potwierdzanych potem przez dalsze osoby, w przeszłości stał tu dom położony wzdłuż (dzisiejsze stoją w poprzek) szosy między obecnymi posesjami numer 23 i 25, mniej więcej w miejscu, gdzie dziś jest brama wjazdowa na podwórze domu numer 25. Leśniczy Wacław Siedzik wynajmował tą chałupkę, w której mieszkał wraz z żoną Eugenią i córką Wiesią. Tu właśnie 3 września 1928 roku miała przyjść na świat druga z jego dziewczynek ? Danka. Staliśmy tak i wymienialiśmy uwagi przez kilka minut, gdy zjawiła się kolejna osoba zainteresowana nieoczekiwanym przybyszem. Pani Walentyna, gdyż później przedstawiliśmy się sobie, bez chwili zawahania spytała, a raczej stwierdziła: ?Pan w sprawie ‚Inki’?. Potwierdziłem. Po moim zapewnieniu, że nie jestem dziennikarzem żadnej gazety czy telewizji, ani politykiem, a jedynie mocno zaangażowanym w temat sanitariuszki poszukiwaczem historycznych śladów oraz członkiem pewnego polonijnego stowarzyszenia, spytała: ?A pana interesują tylko te popularne, patriotyczne historie, czy inne również??. Nie do końca jeszcze łapiąc sens tych słów odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że jestem otwarty i chętnie wysłucham każdej opowieści. Wówczas rzekła, bym chwilę zaczekał, a ona pójdzie zastukać do jednego z sąsiadów, który opowie mi ?co nieco? na temat ?Inki?. Czas płynął miło, pozowałem do zdjęć na tle guszczewińskich zabudowań, a także sam pstrykałem, gdy Pani Walentyna zjawiła się z powrotem, z przykrością stwierdzając, że owego pana nie zastała w domu. Dopiero po chwili ciszy dodała: ?…bo wie pan, tutaj o ‚Ince’ to zbyt wiele dobrego pan nie usłyszy?. Dopiero wówczas uświadomiłem sobie swoje położenie, którego wcześniej nie byłem całkowicie świadom. A właściwie zupełnie o nim nie myślałem, bo przecież wiedzę na temat lokalnych stosunków panujących między poszczególnymi grupami etnicznymi na Podlasiu miałem, o czym była mowa powyżej. Otaczała mnie prawosławna społeczność białoruska. Ludność ta, jak każda mniejszość narodowa oraz religijna, czuje się w pewnym stopniu dyskryminowana w kraju, którego nie uznaje za swoją ojczyznę. Żołnierzy Wyklętych nie uważa za bohaterów. Wręcz przeciwnie ? są oni tu postrzegani jako sprawcy wielu krzywd wyrządzonych miejscowym, a oddziały leśne niezmiennie nazywane ?bandami?. Wyszedłem jednak z założenia, że każdej opowieści trzeba wysłuchać i samemu oddzielić prawdę od fałszu oraz wyrobić sobie swoją opinię. Czuję się zatem zobowiązany przytoczyć również fragmenty tej rozmowy, a wnioski i oceny pozostawię czytelnikowi do jego własnej dyspozycji ? tak jak pozostawiłem i sobie. Jednym z pierwszych zdań na temat ?Inki? w tej części naszego spotkania było to mówiące, że podczas pracy w szpitalu doprowadzała ona do śmierci pacjentów powiązanych z reżimem komunistycznym tylko i wyłącznie za poglądy. Przyjmuję to zdanie za przejęzyczenie, bo przecież Danka nigdy w żadnym szpitalu nie pracowała. Jedyne prace, jakie formalnie wykonywała w swoim niedługim życiu, wiązały się z posadą kancelistki najpierw w nadleśnictwie Narewka, następnie zaś, już po opuszczeniu Podlasia zimą 1945 roku, w leśnictwie Miłomłyn niedaleko Ostródy na Warmii. Nieformalnie zaś była oczywiście sanitariuszką w leśnych oddziałach 5 Brygady Wileńskiej pod dowództwem mjr. Zygmunta Szendzielarza ?Łupaszki? na Podlasiu oraz Pomorzu Gdańskim i zapewne tą działalność miała na myśli pani Walentyna w powyższym zdaniu. Nie ukrywam, że było dla mnie dużym zaskoczeniem słyszeć te słowa, zwłaszcza w obliczu posiadanej przeze mnie dotychczasowej wiedzy w tym zakresie.

Kopia protokołu przesłuchania milicjanta Mieczysława Mazura w trakcie procesu , fot. Marcin Majchrowski
Kopia protokołu przesłuchania milicjanta Mieczysława Mazura w trakcie procesu , fot. Marcin Majchrowski

Ogólnie znanym bowiem faktem jest sytuacja, do której doszło podczas starcia grupy, w której służyła Danka, z oddziałem MO 23 maja 1946 roku niedaleko wsi Podjazy na Kaszubach. Postrzelony w trakcie tej potyczki milicjant Mieczysław Mazur tak zeznawał dnia 30 lipca 1946 roku podczas ?procesu? ?Inki? w Gdańsku (kopia protokołu przesłuchania świadka w posiadaniu autora): ?(…) Kula trafiła mnie pod brodę i wyszła koło oka. (?) W czasie potyczki z bandą koło Sulęczyna, kobieta ta była razem z bandytami, gdy byłem ranny, ona doszła do mnie i oglądała moją ranę. (?) Wśród bandytów zauważyłem jedną kobietę, która podała mi bandaż, gdy oni odjechali. (…)?. Nie trzeba chyba dodawać, jak wiele ryzykował ten niespełna dwudziestoletni funkcjonariusz mówiąc prawdę o całym zajściu. Mógł przecież, wzorem wszystkich pozostałych swoich kolegów, oczernić dla świętego spokoju młodą sanitariuszkę. Zdecydował się jednak mówić w zgodzie z własnym sumieniem i dzięki temu mamy oficjalny dokument, który ukazuje w jakiejś części osobowość Danki i stanowi przeciwwagę dla tego, co dane mi było usłyszeć w Guszczewinie. Warto dodać, że powyższe zeznania nie zaszkodziły Mazurowi. Nie doświadczył on w związku z nimi żadnych szykan oraz nie wpłynęły one na jego karierę zawodową i pracę w milicji.

Wróćmy jednak do słonecznego marcowego wtorku na Podlasiu. Moja rozmówczyni przyznała, że leśniczy Wacław Siedzik był bardzo szanowaną i lubianą wśród miejscowej ludności osobą, zadając jednocześnie retoryczne pytanie: ?W kogo ta dziewczyna się wdała??. Następnie oberwało się również samemu dowódcy 5 Brygady – ?bandycie? ?Łupaszce?. Usłyszałem historię o tym, jak major Szendzielarz wpadł do sołtysa i w trybie nagłym, pod groźbą użycia przemocy, nakazał mu zorganizować 20 koni dla swoich ludzi. Nie mogło się oczywiście obyć bez przypomnienia tzw. rajdu ?Burego? po wioskach białoruskich. Chodzi o szereg kontrowersyjnych morderstw dokonanych przez oddział Romualda Rajsa ?Burego? na mieszkańcach wsi Puchały Stare, Zaleszany, Wólka Wygonowska, Zanie oraz Szpaki w dniach 30 stycznia ? 2 lutego 1946 roku. W założeniu chodziło o wyeliminowanie szkodliwych miejscowych komunistycznych działaczy. Ludność białoruska twierdzi zaś, że żołnierze Rajsa kierowali się jedynie kryterium etniczno-religijnym i zabijali kogo popadnie, byleby był prawosławny. Na pewno jest to temat trudny i drażliwy. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że ?Bury? dopuścił się sporych nadużyć podczas tej czystki. Tyle tylko, że… to nie ma najmniejszego związku z ?Inką?. Dziewczyna nigdy bowiem nie służyła w oddziałach ?Burego?. Co więcej, w czasie wspomnianych akcji Romuald Rajs nie był nawet żołnierzem 5 Brygady. Nie działał w jej strukturach już od 7 września 1945 roku, gdy ?Łupaszko? wydał rozkaz rozformowania szeregów na okres zimowy.

W dalszej części nasza rozmowa zeszła na tematy nie związane ani z ?Inką?, ani ze zbrojnym podziemiem w ogóle. Było trochę o polityce, w tym o trwającym właśnie konflikcie rosyjsko-ukraińskim, trochę o sytuacji Polaków w Wielkiej Brytanii i o samej naszej organizacji. Pani Walentyna okazała się być osobą rozmowną i inteligentną, co do tego nie mam wątpliwości. Zastanowiło mnie jednak, skąd u niej oraz u pozostałych otaczających mnie ludzi tyle niechęci do sanitariuszki z lasu? Co im zawiniła ta Danka, że w trakcie całej rozmowy nie padło choćby jedno pozytywne słowo na jej temat? Nie każę im jej kochać, ani wysławiać pod niebiosa, ale w teorie o uśmiercaniu ludzi przez pochodzącą z dobrego domu, młodą, wrażliwą dziewczynę po prostu nie potrafię uwierzyć, mimo szczerych chęci. Zwłaszcza w obliczu znanych mi i udokumentowanych faktów, jak choćby przytoczona wyżej historia milicjanta Mazura. A ponieważ jestem nauczony, że nic w życiu nie jest tylko czarne lub tylko białe, natychmiast zacząłem szukać między wierszami drugiego dna. Być może byłbym skłonny uwierzyć w niektóre z usłyszanych opowieści, gdyby zostały mi one zaserwowane z umiarem i smakiem, nie zaś w formie jednostronnej propagandy rodem z książki Bolduana i Babczenki ?Front bez okopów?, gdzie ?krwawa Inka? – ?krępa i z sadystycznym uśmiechem na twarzy? ? uczestniczy w egzekucji funkcjonariuszy UB w Starej Kiszewie. W zaistniałej sytuacji zadałem sobie proste pytanie ? czy nie chodzi tu aby o odwrócenie mojej uwagi od szerszego tła historycznego? Być może odpowiedź na moje przemyślenia, całkowitą lub częściową, stanowią dwa słowa ? Komitety Białoruskie. Zaznaczam ? być może. Zanim jednak przejdę do właściwego opisu czym były owe jednostki, w jakim celu powstały i komu służyły, warto cofnąć się nieco w czasie i powiedzieć kilka słów na temat samych Białorusinów. Jeśli o Ukraińcach mówi się, że ich świadomość narodowa ukształtowała się bardzo późno, bo na dobre dopiero w czasach kozaczyzny, to cóż można powiedzieć o ich sąsiadach z północy, z których wielu jeszcze w 1897 roku podczas spisu ludności w Imperium Rosyjskim nie potrafiło się dokładnie określić? ?Ja, panie, tutejszy? – brzmiała często odpowiedź na pytanie o narodowość. W XIX wieku, a głównie w drugiej jego połowie, w całej Europie miało miejsce odrodzenie myśli i świadomości narodowej. Rozumowanie kategoriami wielkich imperiów zostawało zastępowane przez utożsamianie się z pokrewnymi sobie grupami etnicznymi i religijnymi. Podobne prądy można było zaobserwować na kresowych ziemiach ruskich, w tym historycznej Rusi Białej, w dużym stopniu dzięki zaangażowaniu Ignacego Hryniewieckiego ? działacza konspiracyjnej organizacji Narodnaja Wola, późniejszego zabójcy cara Aleksandra II Romanowa. Do wybuchu drugiej wojny światowej nie udało się jednak w pełni, mimo podejmowanych prób, uświadomić w tym zakresie mieszkańców terenów kresowych. Wielu z nich nadal uważało się za ?tutejszych?, tyle tylko, że zwykli w niedzielę chodzić do innych świątyń, niż ich sąsiedzi ? również ?tutejsi?. Gdy Niemcy po wejściu na Podlasie próbowali stworzyć dość mocno autonomiczny twór zwany Bezirk Bialystok w oparciu o administrację białoruską, rychło okazało się, że jest to poważne wyzwanie, gdyż język ten wówczas nie posiadał nawet własnego alfabetu, samemu będąc naprędce tworzonym zlepkiem mowy polskiej i rosyjskiej z dodatkiem lokalnych kresowych i ruskich regionalizmów. Niemniej jednak nie przeszkodziło to w dalszej, owocnej współpracy z niemieckim okupantem. Tu właśnie dochodzimy do wspomnianych wcześniej Komitetów Białoruskich. Były to powstałe w okupowanej Polsce, pod przykrywką działalności kulturalno-oświatowej, organizacje kolaborujące z hitlerowcami. Pierwszy powstał już zimą 1939 roku w Warszawie. Następne po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej w połowie 1941 roku. Ze względu na znaczenie miasta Białegostoku oraz duży odsetek osób czujących się Białorusinami, lokalny komitet był jedną z najprężniej działających organizacji kolaboracyjnych na polskich ziemiach. W jego struktury wchodził z kolei bardzo aktywny oddział w Narewce. Jednym z przejawów tej aktywności było denuncjowanie władzom niemieckim osób związanych z polskimi organizacjami podziemnymi. Takich na przykład jak działająca w terenowej siatce AK matka ?Inki?. Wychowana w patriotycznym duchu Eugenia Siedzikowa, z domu Tymińska, nie była bynajmniej szarym członkiem tej organizacji, lecz naprawdę znaczącą łączniczką i pracownikiem wywiadu. Świadczy o tym fakt, że po aresztowaniu (listopad 1942 roku) przez długi czas lokalne dowództwo AK rozpatrywało możliwość odbicia, a właściwie wykupienia, jej z więzienia. Również brutalność, z jaką ją przesłuchiwano, nie pozostawia wątpliwości, że Niemcy znali jej wartość, a ona, podobnie jak później córka w gdańskim areszcie, nie bardzo kwapiła się do współpracy z wrogiem. Po tym jak zachorowała na tyfus i trafiła do więziennego lazaretu, wystąpiła możliwość nawiązania przelotnych kontaktów przez płot ze światem zewnętrznym. Starsza z jej córek, Wiesia, nie chciała oglądać skatowanej mamy, dlatego na spotkania chodziła ?Inka?. Gdy widziała matkę zamiatającą teren w pobliżu płotu, podchodziła bliżej, co również, dzięki życzliwości jednej z więziennych strażniczek, czyniła Eugenia. Wówczas można było szybko coś sobie przekazać, zwykle w formie pisemnej. Widok całkowicie ogolonej matki, z powyrywanymi paznokciami i powybijanymi zębami musiał dla nastoletniej dziewczyny być niesamowitą traumą, niemniej jednak chodziła ona w okolice szpitala polowego niestrudzenie w celu utrzymania kontaktu z kochaną mamą. Danka była wówczas, można powiedzieć, łączniczką na poziomie rodziny, ponieważ docelowo całą korespondencję przekazywała swojej babci Anieli.

Tablica znajdująca się na stojącym w Narewce pomniku działaczy miejscowego Komitetu Białoruskiego, fot. Marcin Majchrowski
Tablica znajdująca się na stojącym w Narewce pomniku działaczy miejscowego Komitetu Białoruskiego, fot. Marcin Majchrowski

Właśnie w jednym z takich grypsów Eugenia poinformowała rodzinę, że wie, dzięki sprawie toczącej się przed wymiarem sprawiedliwości okupanta, kto był odpowiedzialny za wydanie jej Gestapo. Napisała nazwiska trzech znaczących działaczy lokalnego Komitetu Białoruskiego z Narewki. Gdy później UB zaczęło interesować się Danką, babcia zniszczyła gryps w trosce o bezpieczeństwo swoje i dziewczynek, ale jego treść przetrwała w pamięci rodziny. Dzięki temu wie ona dokładnie, które to były osoby, jednak zostałem poproszony o nie podawanie tej informacji, aby niechcący nie zaszkodzić w ten sposób żadnemu z obecnych mieszkańców Narewki i okolic. Od siebie mogę jedynie dodać, że nazwisko jednego z nich do dziś możemy wyczytać w samym centrum tego miasteczka na pomniku poświęconym tymże ludziom. Widnieje tam inskrypcja o treści: ?Cześć pamięci poległych w walce z faszyzmem i o utrwalenie władzy ludowej?. Tak, to nie pomyłka. Ci nazistowscy kolaboranci nie zostali bynajmniej zamordowani przez NKWD po wkroczeniu Armii Czerwonej na te tereny. W tym czasie byli oni już bowiem gorliwymi komunistami, a jedyne co się w nich nie zmieniło to stosunek do polskiej partyzantki. Trudno się zatem dziwić, że zostali w efekcie zlikwidowani przez oddział ?Łupaszki? podczas akcji przeprowadzonej w dniu 17 kwietnia 1945 roku. Współpraca z jakimkolwiek wrogiem Polski była charakterystyczna dla ziem kresowych. Te same osoby, zależnie od okoliczności, głośno śpiewały ?Międzynarodówkę? lub pozdrawiały się słowami ?Heil Hitler? w Wilnie, Białymstoku czy Lwowie. Nie inaczej było w niewielkiej Narewce, gdzie za sprawą grupy oportunistów i karierowiczów zostały poważnie zachwiane nienaganne stosunki między społecznością katolicką a prawosławną. Jeszcze raz pragnę zaznaczyć, że nie mam żadnego interesu w stawianiu sztucznych barier między ludźmi. Sam pochodzę z rodziny w części prawosławnej, gdzie dziadek chodził w niedzielę do cerkwi, zaś babcia do kościoła. Wigilię oraz Święta Bożego Narodzenia obchodziło się dwa razy w krótkim odstępie czasu ? najpierw zgodnie z katolicką tradycją w grudniu, a wkrótce potem na początku stycznia, jak nakazuje obrządek wschodni. Nie stanowiło to żadnego problemu, podobnie jak to, że wielu znakomitych żołnierzy walczących w polskiej armii, włącznie z podziemiem antykomunistycznym, było prawosławnymi. Tym, którzy interesują się partyzantką powojenną nie powinno być obce imię i nazwisko Anatola Radziwonika ?Olecha?, którego tak scharakteryzowała Joanna Wieliczka-Szarkowa w swojej książce: ?Kresowy straceniec, u którego służyli katolicy i prawosławni, Polacy, Białorusini, Rosjanie i Ukraińcy ? dezerterzy z Armii Czerwonej, a nawet Alzatczyk z Wehrmachtu. Swoim podkomendnym mówił, że są wojskiem polskim w konspiracji i kiedy przyjdzie czas, będą przywracać Polskę na Kresach?. Wyznawana wiara czy własna narodowość nie musi być przeszkodą w komunikacji z drugim człowiekiem, pod warunkiem, że jedna ze stron nie popadnie w skrajność. Podczas rozmowy w Guszczewinie pani Walentyna kilkukrotnie zwracała mi uwagę na niebezpieczeństwa płynące z ekstremalnych ideologii. Zapewne za wyznawcę takowej zostałem uznany po przedstawieniu się, włącznie z podaniem nazwy stowarzyszenia, w którym się udzielam. Ciężko mi szło przekonywanie rozmówczyni, że mam własny rozsądek, który zwykł mi pomagać w oddzielaniu ziaren od plew. Tymczasem czymże były owe Komitety Białoruskie, jeśli nie organizacjami bezpośrednio i bez żadnych skrupułów współpracującymi z dwiema najbardziej zbrodniczymi ideologiami w historii ludzkości, których członkowie porobili polityczne kariery na ekstremistycznych frazesach i krzywdzie innych? Ich potomkowie nadal gęsto zaludniają podlaskie wioski i miasteczka. Czy aby nie jest to przyczyną, że o tzw. Żołnierzach Wyklętych profilaktycznie mówi się tam tylko źle, nie oszczędzając przy tym nawet takich osób jak Danka Siedzikówna vel sanitariuszka ?Inka?? Niech każdy spróbuje znaleźć odpowiedzi na te pytania we własnym zakresie. Moja rola w tym miejscu się kończy.

Marcin Majchrowski