Aktualności

Patriae Fidelis we Lwowie – relacja

 

Lwów 1. – 4. II MMXIX.

Są wyprawy sentymentalne. Odwiedzamy jakieś miejsce, ponieważ jest ważne dla nas, ze względów na osobiste przeżycia lub z powodu historii ważnych dla naszych rodzin, wspólnot. Są też „wypady” typowo wakacyjne. Jedziemy do ciepłych krajów, aby na chwilę odciąć się od szarej rzeczywistości. Są wyjazdy, o których zapomina się zaraz po przyjściu do pracy i takie które pamięta się całe życie. Jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, że wyprawa Patriae Fidelis do Lwowa w pierwszy weekend lutego AD 2019 zalicza się do tych ostatnich, ale po kolei…

PRZYGOTOWANIA

Jak (prawie) każdy dobry pomysł, idea wyjazdu do Lwowa narodziła się „przy piwie” podczas jednego ze spotkań londyńskiego oddziału PF na jesieni zeszłego roku. Wśród wielu przedsięwzięć zaplanowanych na przyszły rok, chcieliśmy zorganizować wspólny wyjazd, w którym wzięliby udział działacze z całej Anglii. Pomysł spotkał się ze sporym odzewem, choć w myśl zasady, im bliżej wyjazdu tym mniej chętnych, ostatecznie wykrystalizowała się silna grupa sześciu osób z Londynu, Evesham, Birmingham i innych zakątków Wyspy. W ramach hasła „nieliczni, ale fanatyczni” przystąpiliśmy do planowania, aby nasza wyprawa nie była tylko rajdem po kawiarniach, restauracjach, lecz żebyśmy poza stemplem w paszporcie i pamiątkami zakupionymi na lotnisku wywieźli z miasta coś cennego. Dzięki uprzejmości Jurka Byczyńskiego nawiązaliśmy kontakt z Marią Pyż, naczelną (swoją drogą piękna nazwa stanowiska łącząca dążenia feministek i językowych tradycjonalistów) Radia Lwów i umówiliśmy się na spotkanie w siedzibie Radia.

Kolejnym chyba najważniejszym punktem przygotowań było zorganizowanie przelotów i noclegów. Dla wszystkich, pragnących udać się nad Pełtew mamy dobra wiadomość. Samoloty z Londynu do Lwowa latają w każdy weekend, także można w piątkowe popołudnie raczyć się grzanym winem na lwowskim Rynku, a ostatnia kawę wypić w okolicach poniedziałkowego południa na lotnisku im. Daniela Halickiego. Ze znalezieniem noclegów również nie ma problemów. W Internecie roi się od ofert wynajmu dużych mieszkań w centrum miasta i właśnie na jedna z takich ofert się zdecydowaliśmy, choć jak złośliwie podkreśliła jedna z uczestniczek wyprawy wygląd zarówno mieszkania, jak i właścicielki był w Internecie mocno „podrasowany”. Niemniej nie było na co narzekać.

Poza spędzeniem czasu we Lwowie zadbaliśmy (i tu wielkie ukłony w stronę kolegi Mirka) o wyjazd w okolice miasta, w które miał nas zawieźć miejscowy przewodnik. Gdy wszystko zapięte było na przysłowiową klamrę od koszuli, jakby powiedział jeden z gasnących ostatnio polityków, z niecierpliwością czekaliśmy na pierwszy lutego i wymarzony wyjazd. I to pojawiła się (idąc dalej parafrazą złotoustego polityka) przysłowiowa winda…

 

PIERWSZY DZIEŃ. PIERWSZY ŚNIEG. KULINARNO-RADIOWA PODRÓŻ DO PRZEDWOJENNEGO LWOWA.

Równie niecierpliwie jak na wyjazd czekaliśmy na ogłoszenie warunków atmosferycznych. Pech chciał, że nasz wylot wczesnym rankiem pierwszego lutego poprzedziła największa śnieżyca jaką widział Londyn w tym roku, więc zarówno dojazd na lotnisko, jak sam wylot stał pod dużym znakiem zapytania. Jako, ze czytacie tę relację, nie jest tajemnicą, że wszystko skończyło się dobrze, a wylecieliśmy nawet przed czasem i po niespełna trzech godzinach lotu przywitał nas mroźny lwowski „luft” i piękna słoneczna pogoda.

Po szybkim zakwaterowaniu ruszyliśmy spacerkiem na ul. Rylejewa (dawna Badeniego), gdzie swoją siedzibę ma polskie Radio Lwów. W progu przywitała nas rozpromieniona Maria i po krótkiej prezentacji, rozpoczęły się „nocne (raczej wieczorne) Polaków rozmowy”. Marysię niektórzy z nas mieli już przyjemność poznać, bo była gościem naszego stowarzyszenia na Marszu Ku Czci Żołnierzy Wyklętych w 2015 roku (https://bit.ly/2RLVkNb) i na naszym corocznym zjeździe. Poziom gościnności i otwartości naszej gospodyni był wprost proporcjonalny do ilości problemów z jakimi stykają się nasi rodacy w całej Ukrainie. Serce rosło słuchając, jak mimo przeciwności losu Polacy we Lwowie dbają o kultywowanie polskości na tych terenach. Następnie dosłownie i w przenośni zanurzyliśmy się w historii przedwojennego Polskiego Radia Lwów.

Audycje, wśród których królowała Wesoła Lwowska Fala zbierały przed odbiornikami miliony Polaków. Wśród fotografii, wycinków z gazet dało się odczuć ducha tamtych czasów. Tym bardziej doceniamy prace lwowskich radiowców, którzy dzisiaj w niezbyt sprzyjających, mówiąc eufemistycznie, warunkach kontynuują tę tradycję. A lwowskich audycji możemy posłuchać również na stronie internetowej Polskiego Radia Lwów:  https://www.radiolwow.org/. Na koniec porozmawialiśmy przed mikrofonami na tematy bliżej i dalej związane z życiem Polonii w Anglii oraz Polaków na Ukrainie*. Z siedziby Radia wychodziliśmy z przekonaniem, że nie jest to nasze ostatnie spotkanie.

Po wizycie w Radiu udaliśmy się do Restauracji Baczewski, gdzie raczyliśmy się wspaniała kuchnią, miejscowymi nalewkami, chłonąc atmosferę przedwojennej lwowskiej knajpy, słuchając szlagierów lat 20/30. Tam też do późnych godzin wieczornych lub wczesnych porannych jak kto woli, deliberowaliśmy nad historią miasta, naszym dziedzictwem i o tym gdzie pójść na śniadanie następnego dnia. Na resztę wieczoru spuśćmy więc zasłonę milczenia.

DZIEŃ DRUGI. RAJD PO MIEŚCIE. UWOLNIĆ LWY Z KARTONÓW. KOLACJA Z KUMPLAMI W KUMPLU.

Z racji przedłużających się dyskusji w Baczewskim zwiedzanie Lwowa następnego dnia rozpoczęliśmy z małym poślizgiem za to wielkimi emocjami. Po staropolskim śniadaniu (flaczki, żurek, golonka – wszystkie potrawy jakie nasi przodkowie spożywali przed ważnymi bitwami) ruszyliśmy na Cmentarz Łyczakowski zapalić znicze Orlętom i innym Polakom spoczywającym na tej nekropolii. I tu pierwsze negatywne wrażenie. Żeby wejść na cmentarz należy kupić bilet, a kasjer z gorliwością „kanara” w MPK biega za odwiedzającymi, nie wiedzącymi o tym groteskowym fakcie. Nie mamy nic przeciwko wsparciu cmentarza. Każdy kto był Łyczakowie lub zna historię Cmentarza Łyczakowskiego na pewno w miarę możliwości chciałby wspomóc finansowo to ważne dla Polaków miejsce, ale sama idea sprzedawania biletów na cmentarz wydaje się mocno chybiona. Był to bez wątpienia przedsmak kolejnego niesmaku. Chodzi oczywiście o „aresztowanie” lwów stojących przed pomnikiem Orląt w wielkie kartony pod pozorem… no właśnie remontu, renowacji, której nikt nie robi? Wydaje się, że jedynym powodem jest po prostu ukrycie symbolu miasta, za które ginęli pochowani tam jego obrońcy. Aby zakończyć już negatywne wydźwięki trzeba przyznać, że całość Cmentarza Orląt Lwowskich robi niesamowite wrażenie. Pięknie odrestaurowane nagrobki młodych bohaterów, nastoletnich chłopców i dziewcząt, którzy ginęli za polski Lwów, to coś czego nigdy nie zapomnimy i pozostanie na pewno najmocniejszym akcentem naszej wizyty we Lwowie. Zwłaszcza oglądając zdjęcie sowieckich traktorów niszczących oryginalny cmentarz zbudowany przed wojną. Transporterów rozjeżdżających groby, tym bardziej docenia się trud wszystkich ludzi, którzy przyczynili się do odbudowy nekropolii.

Resztę dnia spędziliśmy na wizycie w okolicach rynku. Szczególnie warta uwagi jest Katedra Łacińska, w której jest więcej polskich akcentów niż w niejednym kościele w obecnej Polsce. Duże wrażenie zrobił na nas „pchli targ” w okolicy Kościoła Dominikanów, gdzie można zaopatrzyć się w przedwojenne wydania arcydzieł polskiej literatury, stare monety, mapy czy odznaki. Możemy również z czystym sercem polecić Fabrykę Czekolady, gdzie w kilkupiętrowym budynku, można zobaczyć proces robienia czekolady, a następnie zaopatrzyć się w wyrabiane na miejscu produkty, a na samej górze wypić gorąca czekoladę, czy słynną lwowską kawę. Jeśli chodzi o kawoszy, to w ogóle Lwów jest dla nich rajem, ponieważ pyszna lwowska kawę „na szpacer” można kupić dosłownie na każdym rogu. Bardzo klimatyczna jest również kawiarnia w starym lwowskim tramwaju, w której atmosferze można się zakochać. Dzień pełen wrażeń zakończyliśmy znowu na kolacji w klimatach przedwojennych, w restauracji Kumpel, w której o miejsce równie trudno co o niesmaczne jedzenie, ale tu już odsyłamy do przewodników.

DZIEŃ TRZECI. TRZY ZAMKI.

Przedostatni dzień naszego pobytu we Lwowie musieliśmy rozpocząć dużo wcześniej niż poprzedni, ponieważ już o godzinie 9. czekał na nas Pan Andrzej, przewodnik z Mościsk, który wraz ze swoim busem miał pokazać nam zamki ważne dla historii Polski, a konkretnie Złoczów, gdzie odwiedziliśmy Galerię Sztuki, Podhorce, zbudowane przez hetmana Stanisława Koniecpolskiego dla uciech i smacznego odpoczynku po wojskowych trudach i Rzeczypospolitej zabawach, jak sam właściciel informował w memoriałach oraz ostatni zamek w Olesku, w którym urodził się król Jan III Sobieski i w którym mieliśmy przyjemność ucztować, w sali gdzie drzewiejzabawom i ucztom oddawał się familia Sobieskich. W tak zwanym międzyczasie mogliśmy z pierwszej ręki, a raczej ust Pana Andrzeja dowiedzieć się o realiach życia na zachodniej Ukrainie z ust miejscowego Ukraińca. Poza legendarnym już stanem dróg u naszego wschodniego sąsiada mieliśmy okazję podziwiać galicyjska prowincję z jej przyrodą, przydrożnymi kapliczkami, lokalnymi bazarkami. Dzień zakończyliśmy płonącą kawą w lwowskiej kawiarni i niestety powoli trzeba było szykować się do wyjazdu.

TO JUZ JEST KONIEC… NIE TO POCZĄTEK!

Gdy czekaliśmy już na lotnisku na samolot, który miał nas zabrać z powrotem do Anglii jeden z uczestników stwierdził: Gdyby ktoś mnie spytał jak było we Lwowie, to właściwie trudno powiedzieć… I nie chodzi tu o narzucające się skojarzenie zaników w pamięci od ilości miejscowych nalewek. Wiele zobaczyliśmy, sporo się nauczyliśmy, ale jeszcze tak wiele zostało do odkrycia. Gdy samolot odrywał się już od płyt lwowskiego lotniska zostawialiśmy za sobą lwowskie uliczki, zamki, kawiarnie , restauracje i wszystkie inne miejsca, które odwiedziliśmy i co ważniejsze ludzi, których poznaliśmy… Ale w naszych sercach pozostaną na zawsze!

Przed nami akcja, której pomysł narodził się po wizycie w Radiu*. Miasto, którego dewiza nie bez kozery są słowa Semper Fidelis, na zawsze pozostanie w naszych sercach… I jeszcze tu wrócimy.

*Maria Pyż w rozmowie wielokrotnie podkreślała różnicę między Polonią a Polakami zagranica kraju, gdy ktoś z nas nazwał lwowskich Polaków „Polonią”. Tym terminem nazywamy emigrację, natomiast trudno nazwać emigrantami Polaków, którzy żyli od wieków na danym terenie tylko… to Polska od nich „wyemigrowała”. Taka sytuacja jest na Kresach, ale też np. na tzw. Zaolziu w Republice Czeskiej.

**o akcji pomocy Polakom we Lwowie już wkrótce na naszych stronach.

Marcin Skiba