Aktualności

Pierwszy Wakacyjny Biwak Patriae Fidelis

„Tymczasem gdzieś w północnej Walii odbył się Pierwszy Wakacyjny Biwak Patriae Fidelis”. Wydarzenie miało miejsce w Penrhos w dniach od 15 do 17 VIII 2014r.

Celem biwaku była integracja, lepsze poznanie się ludzi – członków naszego Stowarzyszenia z różnych oddziałów PF, rozproszonych po całej Anglii.

Potrzeba zorganizowania wspólnego wyjazdu dla wszystkich oddziałów Stowarzyszenia była obecna już od dłuższego czasu. Niespełna 5 miesięcy temu, w marcu br., miał miejsce coroczny zjazd działaczy, na którym zostały zatwierdzone poprawki do statutu, omówione główne wyzwania naszego dynamicznie rozwijającego się Stowarzyszenia oraz między innymi podniesiona potrzeba częstszych spotkań integracyjnych między miastami, by zacieśnić więzy przyjaźni. Radosną nowiną był fakt, że zaproponowano nam, czyli oddziałowi Manchester, zorganizowanie tego fajnego wydarzenia. Powoli, bo od maja ładowaliśmy akumulatory i w końcu zwieńczyliśmy swe dzieło, doprowadzając do wspólnego wyjazdowego spotkania latem.

Główną sprężyną całego tego „wydarzenia” był Dawid a pomagała mu Xenia,  sekretarz naszego oddziału. Część spraw dopięliśmy na ostatni guzik, innym pozwoliliśmy na spontaniczny przebieg, czyli na pełną improwizację, co uwielbiamy robić. A więc „laba i indywidualizm” – to ulubione motto Daniela Delbowskiego, prezesa oddziału w Manchester.

Poszukiwania bazy na biwak zaprowadziły nas do polskiej wioski w Penrhos, położonej między Pwllheli i Llanbedrog w płn Walii/hrabstwo Gwynedd. Należy podkreślić, że Pwllheli położone jest na lekkim wzniesieniu z pięknym widokiem na zatokę Cardigan oraz malownicze góry Snowdonii. W wiosce jest wiele domków oraz kempingów letniskowych, które zostały wybudowane na terenie dawnej bazy RAF-u. Baza formalnie zaczęła istnieć w lutym 1937r. W grudniu 1940r. Czechosłowacki Dywizjon 312 miał chronić Penrhos przed atakiem Niemców. W późniejszych latach do Penrhos przesiedlano polskich żołnierzy, marynarzy i lotników, którzy brali udział min. w “Bitwie o Anglię”. Od czasów II wojny światowej do dziś zamieszkują tam Polacy, którzy nie zdecydowali się na powrót do komunistycznej Polski.

Obecnie pan Michał Dreweński jako kierownik i menadżer patronuje Polskim Osiedlem Penrhos, gdzie w apartamentach mieszka 100 Polaków oraz zarządza Domem Opieki, który jest częścią Osiedla. Tu przebywają polscy i walijscy pensjonariusze.

My natomiast, w porozumieniu z harcerzami z Hufca Gdynia, obraliśmy jako naszą bazę Stanicę Harcerską.

Na biwaku były obecne reprezentacje z wszystkich głównych oddziałów, zaczynając od PF Bristol, Leeds, Londyn po Manchester i inne.

Otóż w piątek 15 VIII jako pierwszy, w celu zakwaterowania, zjechał do bazy w Penrhos – oddział Manchester. Czekaliśmy cierpliwie na pozostałych uczestników. W końcu dość późno lub jak kto woli wczesnym rankiem, zjechali pozostali działacze z mniejszymi lub większymi przygodami. W końcu byliśmy razem.

Szczęśliwi z przebiegu obozu integracyjno-szkoleniowego, ”Biwaku”, z chęcią podzielimy się jego przebiegiem. Zapraszamy do lektury.

Niezbyt wczesnym rankiem była pobudka, a po niej udaliśmy się do kuchennej jadalni, gdzie część uczestników przygotowała śniadanie na gorąco – jajecznicę na maśle, do tego pachnący oryginalny polski chleb z polskiej piekarni w Manchester. Zasiedliśmy wszyscy wokoło przy wielkim stole, delektując się delikatną strawą. Popijaliśmy gorącą kawę i herbatę. Rozmawialiśmy, żartując i konwersując na temat wewnętrznych spraw naszego Stowarzyszenia. Atmosfera była niezwykle sielska i przyjacielska, naprawdę chciało się tam siedzieć i przebywać w swoim gronie. Po posiłku zmywali i sprzątali ochotnicy. To było miłe z ich strony. Obowiązek zamieniono na przyjemność.

Według planu, następnym punktem programu miały być zabawy integracyjne. Tak więc rozpoczęła się zabawa w zapamiętywanie imion, co nie było zbyt łatwe, kiedy trzeba od razu zapamiętać kilkanaście nowych imion. Trening czyni mistrzem. Gdy poznaliśmy już swoje imiona, przyszła kolej na zespołowe wiązanie się zieloną liną i przechodzenie jednego zespołu po kwadracie liny ułożonej na podłodze, omijając drugi zespół, także powiązany za rączki, kolejną liną. Było to dość ciekawe, gdyż musieliśmy kroczyć po linie na podłodze omijając uczestników innej grupy, przeplecionych między nami… Kolejne zajęcia zespołowe sprzyjały większej aktywności i dynamice – był to taniec integracyjny, zwany belgijskim, przy którym można się świetnie bawić. Jest to popularny i ulubiony taniec w środowiskach harcerskich, czy pielgrzymkowych. Wykonywany jest pod utwór ,t Smidje belgijskiego zaspołu Laïs (po celtycku – głos). Zespół łączy w swojej muzyce współczesność z folkiem. Do piosenki powstał układ choreograficzny wykonywany grupowo jako taniec integracyjny. Powstało także polskie tłumaczenie do tej muzyki, piosenka nazywa się „Historia Wiktorii”, czyli „Taniec Belgijski po Polsku”. Nie ujmując nikomu – na początku wszyscy gubiliśmy kroki i rytm, aż w końcu połapaliśmy się. Tak jak w tangu trzeba dwojga, tak my szaleliśmy na parkiecie, wprawdzie nie do białego rana ale zmienialiśmy co chwilę partnera tańca. Przyjemnie maszerowało się i podskakiwało w rytm skocznej muzyczki. Z każdym partnerem tańczyło się inaczej. W następnym roku w ramach activity taniec „Polka”.

Po zakończeniu tańców, inna zabawa wyciągnęła nas na zewnątrz budynku. Na soczystą trawę wkroczył „pająk”, czyli gra, podczas której nie brakuje niespodzianek. Po męczącej grze postanowiliśmy zrobić przerwę i przenieśliśmy się do środka Stanicy. Tam odbyła się uczta intelektualna, którą zaserwował nam kolega Kay. Wysłuchaliśmy wykładu na wysokim poziomie, który był dobrze przygotowany. Tematyka obejmowała zagadnienie ‘Nowoczesnego Patriotyzmu oraz kreowania wizerunku’. Mieliśmy okazję poznać główne przedwojenne prądy polskiej myśli patriotycznej oraz ich współczesne nowoczesne odpowiedniki. Poznaliśmy metody wprowadzania polskiego głosu do debaty publicznej. Słuchaliśmy o potrzebie obecności Polaków we wszystkich instytucjach. Wykład był długi, a w jego trakcie niektórzy działacze dopytywali o szczegóły I rozwinięcie pewnych skrótów myślowych. W drugiej części poznaliśmy tajniki kreowania wizerunku. Z uwagi na wyczerpanie czasu przewidzianego na część szkoleniową, nie mogła wywiązać się po prelekcji klasyczna dyskusja w formie ‘burzy mózgów’. Ale głos w dyskusji zapoczątkował „giełdę pomysłów” dot. patriotyzmu lokalnego.

Po wykładzie było wspólne gotowanie obiadu, jako kolejna forma integracji. Zapachy z kuchni kusiły świeżą bazylią… Obiad postawiono na stole. Gorąca strawa przywołała nas ponownie do stołu, który niczym ołtarz zgromadził swych wiernych na ucztę. Dziś makaron z mięsnym sosem. Palce lizać… Dziewczyny się postarały.

Tuż po obiedzie przewidziane było kilka minut na krótką sjestę. Po niej miały być zajęcia z „Unitarki” dla męskiej strony PF-u, a „na panie i innych „mięczaków” czekały gry zespołowe”. W końcu zdecydowaliśmy się jednak udać na plażę i tam ciesząc się życiem, zrobiliśmy małą sesję zdjęciową.

W wietrze, który plątał nam włosy i może targał co niektórym myśli, słychać było dźwięki jakiejś zabłąkanej muzyki. To była chwila zadumy, nie rzucaliśmy swych słów na wiatr…

Wieczór zawsze niesie ze sobą coś nowego i wprowadza w czar nocy. Tym razem zasiedliśmy w kręgu ogniska, iskry wesoło trzaskały to w niebo, to na boki, a dym osmalał nam włosy i wyciskał niektórym łzy… Piekliśmy w ognisku polskie kiełbaski nabite na kije, a Maruda przygotował domowe burgery, czyli prawie jak w domu… Jurek w tej ciemności nocy przemówił jasnym głosem. Wprawdzie nie była to gawęda przy ognisku, ale krótka przemowa; omówił w telegraficznym skrócie cele i plany organizacji na przyszłość, mówił o  budowaniu przyjaźni i więzi pomiędzy rodakami i o kolejnych wspólnych wyjazdach integracyjnych. Mówił o poszanowaniu wartości chrześcijańskich, dyscyplinie, patriotyzmie, bronieniu dobrego imienia Polaka oraz o dbaniu o stosunki polsko-brytyjskie. Zahaczył też o kwestię lobbowania na rzecz Polaków w polityce i instytucjach. Jurek skonkludował, że jest bardzo dumny z organizacji, która działa już w wielu miastach i organizuje wiele uroczystości i wykładów.

Kiełbaski zaskwierczały w ogniu, zapach pobudzał wilczy apetyt, muzyka zaczęła grać, a wzmacniacz wyrzucał z siebie wciąż nowe, głośne akordy. Wspólne śpiewy przy akompaniamencie gitary rozmiękczały serce, np. ”Jolka Jolka pamiętasz niebo ze snów…” czy pieśń dwóch narodów „Hej sokoły” albo inne wyciskacze łez… Aż nie chciało się odchodzić do łóżek. Ognisko dogasało. Każdy w końcu znalazł swoje posłanie i wlokąc się niepospiesznie do swego łóżka – zapadał w sen. Rankiem po przebudzeniu, dźwięk dzwonów ponaglał nas na Mszę św. Rozpoczął się nowy słoneczny dzień. Ostatni dzień biwaku. Niedzielna msza poranna celebrowana była przez proboszcza ks. Stanisława Leniart Tch. Potem było niedzielne śniadanie, rozmowy. Gdy wychodziliśmy z kościoła, mijaliśmy duży krzyż, na którym widniał napis w trzech językach, tj. w języku polskim, walijskim i angielskim: „W DRODZE DO WOLNEJ POLSKI, ARY FFORDD I PWYL RYDD, ON THE WAY TO FREE POLAND 3 maj 1947”.

Po mszy wysłuchaliśmy kolejnego wykładu przygotowanego przez Kay’a, tym razem przedstawiającego historyczny zarys polskich sojuszy, polską myśl konfederacyjną, zasady realpolitik oraz traktującego o nowoczesnych wyzwaniach geopolitycznych i współczesnych sojuszach. Na koniec każdy z nas otrzymał pamiątkową koszulkę z logiem Patriae Fidelis wraz z wprasowanym swym imieniem pod spodem. Oficjalne zakończenie biwaku uwieńczyła ostatnia wspólna fotografia przed budynkiem Stanicy.

Została jeszcze jedna atrakcja na koniec – mała academia. Było to spotkanie przy slajdach w Sali Przyjaźni z piosenką żołnierską i krótki wykład pana Michała Dreweńskiego z okazji Święta Żołnierza / Święta Wojska Polskiego. Jak co roku, pan Michał wraz ze swymi słuchaczami, rezydentami i gośćmi – uczcił pamięć naszych rodaków, żołnierzy i cywili, którzy dla Ojczyzny oddali swoje życie. Dla mnie atrakcją  okazało się wystąpienie cudownej kobiety, pani Danuty Wardle-Wiśniowieckiej, żołnierza AK, łączniczki w Powstaniu Warszwskim. Przedstawiła swoją perspektywę wobec atakowania i manipulacji czynionej przez media, dotyczącą Powstania Warszawskiego i obarczania winą dowództwa AK za niepowodzenie Powstania oraz straty. Jej słowa to także te, iż „Wolność jest największym skarbem dla Polaków”.

Do osobliwych należał także moment recytacji przez panią Lucynę Krowiak wiersza Juliusza Słowackiego “Testament mój”.

Oto fragment:

[…] „Lecz wy, coście mnie znali, w podaniach przekażcie,

Żem dla ojczyzny sterał moje lata młode;

A póki okręt walczył – siedziałem na maszcie,

A gdy tonął – z okrętem poszedłem pod wodę… […]

 

Lecz zaklinam – niech żywi nie tracą nadziei

I przed narodem niosą oświaty kaganiec;

A kiedy trzeba – na śmierć idą po kolei,

Jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec!…”

 

Wiersz ten powstał na przełomie 1839 i 1840r. w Paryżu. Był poetyckim wyrazem nastroju Juliusza Słowackiego, jaki towarzyszył poecie, gdy przebywał w środowisku emigracyjnym.

Ten niezapomniany czas umilał nam wspólny śpiew. Za moimi plecami dało się słyszeć piękną barwę i krystaliczny głos, który należał do jednej z dam.

Była to pani Krystyna Szczerbiak, nauczycielka muzyki, obecnie zamieszkała wraz z mężem Stanisławem w Polskim Domu w Penrhose.

Na zakończenie organizatorzy poprosili Kay’a, by przedstawił naszą organizację. Opowiedział przybyłym przedstawicielom wielkiej emigracji IIWŚ o historii, głównych inicjatywach oraz celach naszej organizacji, a obecni goście przyjęli nowinę o młodych polskich patriotach z radością i aplauzem. Wychodząc z sali, goście zatrzymywali się przy obecnych działaczach, by zamienić kilka zdań.

Akcja „Biwak” zakończona została pomyślnie.

Część z nas, która została by posprzątać i zamknąć obiekt, udała się następnie na okoliczny cmentarz, aby odnaleźć grób pierwszej żony gen. Andersa. Rozjechaliśmy się w swoje strony, aby krzewić idee patriotyzmu wśród Polaków na emigracji, a w szczególności tam, gdzie potrzebny jest kaganek wiedzy, świadomości i oświaty.

Czołem Wielkiej Polsce!

Tekstem opatrzyła Xenia