Aktualności

Spacer polskimi śladami po Wilnie

Panorama Wilna z Góry Trzech Krzyży, fot. Marcin Majchrowski
Panorama Wilna z Góry Trzech Krzyży, fot. Marcin Majchrowski

Wilno to miasto nierozerwalnie związane z polską historią. Kluczowym wydarzeniem mającym wpływ na taki stan rzeczy było niewątpliwie podpisanie unii Polski z Litwą w Krewie w 1385 roku. Od tego czasu rozpoczął się też jego błyskawiczny rozkwit. W dwa lata po wspomnianym wydarzeniu Wilnu nadano status miejski na prawie magdeburskim. W 1579 roku król Stefan Batory założył Akademię Wileńską, która z czasem przeistoczyła się w Uniwersytet Wileński. To w tym mieście w czasie zaboru rosyjskiego powstały i przyżywały swój rozkwit młodzieżowe, patriotyczne organizacje polskie, m.in. Towarzystwo Filomatyczne czy Zgromadzenie Filaretów. W przededniu wkroczenia Sowietów na Wileńszczyznę we wrześniu 1939 roku odsetek Polaków wynosił tu ponad 60%, natomiast Litwinów mniej niż jeden.

Pan Henryk – kresowy Polak, u którego zatrzymałem się na czas swojej wizyty w Wilnie, powiedział, że przed wojną język litewski na tych ziemiach był w zasadzie nieznanym zjawiskiem i nikomu nie przyszedłby wówczas do głowy kierunek, w jakim to miasto ostatecznie poszło. W czasie drugiej wojny światowej miasto wielokrotnie zmieniało swego zarządcę i wywarło to wielki wpływ na jego późniejszy kształt. Po wkroczeniu Armii Czerwonej 19 września 1939 roku Wilno znalazło się pod okupacją ZSRR. Następnie po upływie miesiąca z okładem Sowieci „przekazali” je Litwinom. Był to gest czysto fasadowy, mający pokazać światu, że komunistami nie kieruje jedynie rządza podporządkowania sobie wszystkich dookoła i że działają oni w dobrej woli. W okolicach tego „litewskiego” Wilna stacjonowały takie siły radzieckie, że jasnym było, iż w dowolnej chwili mogą one wejść na powrót do miasta i zaprowadzić swój porządek. Niemniej jednak w tym właśnie okresie nastąpił wzmożony ruch ludności litewskiej w jego kierunku. Zasiedlała ona kwatery i mieszkania opuszczone przez licznie aresztowanych lub wywożonych od pierwszych dni okupacji w głąb Rosji Polaków. W połowie czerwca 1940 roku nastąpiła rzecz oczywista dla wszystkich tych, którzy znali obyczaje sowieckie – Stalin uznał, że wystarczy już tych pozorów wielkoduszności wobec Litwinów i Armia Czerwona ponownie weszła na teren miasta. Wywózki Polaków na Sybir nabrały nowego tempa. Z tego powodu wybuch wojny niemiecko-radzieckiej i zbombardowanie miasta przez Luftwaffe 22 czerwca 1941 roku, a w dalszej kolejności wkroczenie doń Wehrmachtu dwa dni później dla wielu Polaków będących już „na walizkach” okazały się być, przynajmniej tymczasowym, ratunkiem przed niechcianą podróżą na wschód. Poza tym jednak zamiana jednego okupanta na drugiego nie przyniosła wielkiej ulgi dla większości mieszkańców grodu nad Wilią. Niemcy dokonywali masowych eksterminacji ludności. W latach 1941-1944 w położonej nieopodal wsi Ponary wymordowali oni około 100 tysięcy polskich obywateli – głównie Polaków i Żydów. Tu trzeba dodać, że postawa Litwinów podczas tej wojny jest w całościowym ujęciu godna potępienia. Mimo istnienia chlubnych wyjątków, o których będzie mowa w dalszej części tekstu, przy okazji zwiedzania Muzeum Ofiar Ludobójstwa, generalnie Litwini często i gęsto kolaborowali tak z jednym, jak i z drugim okupantem, licząc na korzyści własne, polegające na zdobyciu możliwości dodatkowego zasiedlenia miasta kosztem dotychczasowych lokalnych społeczności. Zwłaszcza współpraca z Niemcami miała bardzo intensywny wymiar. Litewskie oddziały specjalne (lit. ypatingasis b?rys) rekrutujące się w głównej mierze z przedwojennych szaulistów były postrachem wileńskich Polaków i Żydów, a ich wkład w pogromy i mordy dokonane m.in. w Ponarach, Ejszyszkach, Trokach czy Święcianach był niebagatelny. W połowie 1944 roku niemiecki okres w dziejach miasta zbliżał się wielkimi krokami ku swemu końcowi. 7 lipca 1944 roku licznie skoncentrowana pod miastem Armia Krajowa rozpoczęła, przy sowieckich zapewnieniach o neutralności i pomocy, operację „Ostra Brama”. Po jej zakończeniu Rosjanie podstępnie wyłapali jej uczestników – od najwyższych oficerów po szeregowych żołnierzy, dając w ten sposób próbkę swojej postawy, z którą mieli się wkrótce zetknąć powstańcy warszawscy. Tymczasem Wilno w ten sposób ostatecznie wpadło w ręce Sowietów i stan ten miał trwać aż do września 1991 roku, gdy zostało stolicą niepodległego państwa litewskiego. Dziś około 15-20% ludności miasta stanowią Polacy. Ich sytuacja nie jest tu jednak najlepsza. Litwini na wiele sposobów manifestują swoją niechęć do naszych rodaków rzucając im różne kłody pod nogi. Podczas gdy w wielu innych cywilizowanych państwach świata przy takim odsetku mniejszości narodowej bez żadnej dyskusji miałaby ona zagwarantowane konstytucyjne wprowadzenie jej języka jako dodatkowego urzędowego, tu mają miejsce tendencje i zachowania wprost przeciwne. Nazwiska polskie są urzędowo zlitewszczane, a za wywieszanie tablic z polskimi nazwami ulic wymierza się kary finansowe. W swym niedawnym dorocznym orędziu sejmowym prezydent Litwy Dalia Grybauskait? wymieniając najbliższych sojuszników swojego kraju pominęła Polskę, co stało się powodem konsternacji nawet w tamtejszych środowiskach parlamentarnych. Litwini najchętniej wymazaliby całą polskość Wilna z kart swej historii, aby nie został po nas ślad. Na szczęście cel, który sobie postawili będzie niesłychanie trudny do realizacji, bowiem ich Vilnius to miasto na wskroś polskie, a znaki i pozostałości po naszych wielkich przodkach napotkamy tam niemal na każdym kroku. Niech więc niniejszy tekst stanowi swoiste zaproszenie do Wilna, po którego uroczych zaułkach i obszernej starówce można z przyjemnością kluczyć godzinami. Tak właśnie zdecydował się uczynić jego autor.

 

Miejsce pochówku serca Józefa Piłsudskiego i prochów jego matki, fot. Marcin Majchrowski
Miejsce pochówku serca Józefa Piłsudskiego i prochów jego matki, fot. Marcin Majchrowski

Kwaterę wynająłem u wspomnianego wcześniej pana Henryka, który może się poszczycić szlacheckim pochodzeniem herbu Leliwa, a jego przodkowie mieszkali w Wilnie, według odtworzonego przez siebie drzewa genealogicznego, już od co najmniej XVIII wieku. Domek jest położony przy cichej ulicy Ramyb?s, która przed wojną nosiła nazwę zaułka Rossa. Jak nietrudno się domyślić, bardzo blisko znajduje się miejsce, obok którego żaden Polak nie ma prawa przejść obojętnie – cmentarz na Rossie. By tam się dostać musiałem po prostu przejść do końca (około 100 metrów) uliczką, przy której zamieszkałem. Stąd też moja decyzja o rozpoczęciu zwiedzania właśnie tam nie powinna dziwić. Zanim się wejdzie na właściwy cmentarz nie ma możliwości przegapienia kwatery wojskowej mieszczącej się na lewo od wejścia przy ulicy Rossa (lit. Ras? gatv?). Znajduje się tam kilkaset jednakowych grobów żołnierzy poległych głównie podczas wojny polsko-bolszewickiej, zaś między nimi, w samym środku umieszczone jest stworzone z czarnej marmurowej płyty mauzoleum z sercem Marszałka Piłsudskiego oraz prochami jego matki Marii. Wyryto na nim inskrypcję następującej treści:

Kto mogąc wybrać, wybrał zamiast domu

Gniazdo na skałach orła, niechaj umie

Spać, gdy źrenice czerwone od gromu

I słychać jęk szatanów w sosen szumie

Tak żyłem.”.

Miejsce jest bardzo zadbane, a wieńców ze świeżych biało-czerwonych kwiatów chyba nigdy tu nie brakuje. Po złożeniu hołdu Marszałkowi oraz bohaterom wojny 1920 roku można z czystym sumieniem przekroczyć bramę cmentarza. O jego wartości i znaczeniu decyduje nie tylko ranga osób na nim pochowanych – profesorów, artystów, mecenasów, filantropów, lekarzy, duchownych, powstańców kościuszkowskich, listopadowych, styczniowych… Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy i urzeka zwiedzającego zaraz po wejściu jest bogactwo i różnorodność form znajdujących się tam grobów i grobowców. Wizytę na Rossie można śmiało porównać do spaceru po olbrzymich rozmiarów galerii rzeźby na świeżym powietrzu. Dalszą satysfakcję otrzymają tu również zwolennicy oraz tropiciele rodzinnych historii Marszałka Piłsudskiego, gdyż leży tu znakomita część jego krewnych. Wspomnę tylko o bratach Kasprze i Adamie, pierwszej żonie Marii z Koplewskich czy siostrze Ludwice Majewskiej. A to tylko początek wyliczanki… Przy dobrej pogodzie, która była moim udziałem, amator historii może na dobrą sprawę chodzić po Rossie nawet cały dzień. Cmentarz jest wspaniale położony na wzgórzu i już w samym swoim obrębie posiada nieprzeciętne walory widokowe. Niemniej jednak plan zwiedzania miałem dość napięty, więc przyszło mi wkrótce opuścić to miejsce i skierować się w stronę starówki, która ma opinię jednej z największych w Europie. Musiałem cofnąć się w kierunku swojej kwatery, by po minięciu jej wejść w dawną ulicę Targową (dziś Pelesos), zejść stromo w dół, skręcić w prawo i po przejściu pod mostem kolejowym stanąć na ulicy Ostrobramskiej.

Ostra Brama, fot. Marcin Majchrowski
Ostra Brama, fot. Marcin Majchrowski

Stamtąd mogłem już dojrzeć dawną bramę miejską przy kościele św. Teresy, która mieści w sobie jedno z najważniejszych sanktuariów katolickich i dlatego jest miejscem tak ważnym w polskich sercach. Zbliżałem się do niej powoli, z namaszczeniem niemal stawiając każdy kolejny krok, gdyż znałem wagę i majestat tego miejsca. Dopiero po jej przekroczeniu i odwróceniu się za siebie możemy ujrzeć charakterystyczną jasnoniebieską fasadę i okno, przez które widać uznawany za cudowny obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej. O tym, jak ważne jest to miejsce dla wszystkich katolickich mieszkańców dzisiejszego Wilna, możemy przekonać się przystając na chwilę i obserwując ludzi wchodzących na Stare Miasto przez bramę. W pierwszej chwili widzimy osobę zdającą się gnać w pośpiechu swych codzinnych spraw przed siebie – do pracy, z pracy czy na zakupy. Nagle jednak, chwilę po przekroczeniu Wrót Świtu, jak można dosłownie przetłumaczyć dzisiejszą litewską nazwę, odwraca się ona i spoglądając w kierunku widocznego przez okno świętego obrazu, wykonuje znak krzyża, po czym wraca do swojej codzienności i kontynuuje pogoń za czasem, pieniądzem i innymi ziemskimi sprawami. Ilość ludzi postępujących tam w ten sposób jest tak znaczna, że pozwala mi wyrazić przypuszczenie, iż każdy nie będący turystą lub prawosławnym wilniukiem przechodzień oddaje w ten sposób cześć Najświętszej Marii Pannie. Na fasadzie sanktuarium możemy odczytać łaciński napis „Mater Misericordiae, sub Tuum praesidium confugimus”. Jego pierwowzorem była polska inskrypcja o dokładnie tej samej treści: „Matko Miłosierdzia, pod Twoją obronę uciekamy się”. Umieszczono ją w 1828 roku z inicjatywy miejscowego biskupa Andrzeja Benedykta Kłągiewicza. W 1864 roku, w obawie przed niepożądanymi reakcjami władz rosyjskich, które po upadku powstania styczniowego były szczególnie wyczulone na wszelkie przejawy polskości, zmieniono napis na łaciński. Po odzyskaniu niepodległości zapadła decyzja o przywróceniu polskiej wersji sentencji. Wprowadzono ją w życie w 1933 roku. Wreszcie, po wojnie po raz kolejny i jak do tej pory ostatni zmieniono napis z polskiego na łaciński. Do kapliczki ze świętym obrazem można wejść bez problemu, jednak dla lubiących modlić się w samotności nie mam dobrych wieści – praktycznie o każdej porze dnia panuje tam ruch. Biorąc pod uwagę skromne rozmiary kaplicy, nawet kilka osób tworzy tam wrażenie tłocznego, choć wyciszonego i skoncentrowanego na modlitwie, pomieszczenia.

Idąc dalej w kierunku ratusza mijamy z prawej strony barokowy Kościół św. Teresy, z racji połączenia z Ostrą Bramą, nazywany często właśnie Ostrobramskim. Następnie warto zwrócić uwagę na charakterystyczny, bo z zachowaną ceglaną fasadą, gotycki Dom Miednicki (ul. Ostrobramska 6). To właśnie tutaj odbywały się w latach 1939-1940 nielegalne spotkania polskich literatów, m.in. z udziałem Czesława Miłosza. Mijamy Bramę Bazyliańską i Filharmonię Narodową z lewej oraz Pałac Brzostowskich z prawej strony i w ten sposób niemal dochodzimy do ratusza.

Kościół św. Kazimierza, fot. Marcin Majchrowski
Kościół św. Kazimierza, fot. Marcin Majchrowski

Zanim to jednak nastąpi wzrok nasz w naturalny sposób skieruje się w prawo. Tam, w miejscu gdzie przed wojną łączyły się ulice Ostrobramska i Wielka (dziś to wszystko jest jedna ulica Didžioji) stoi doskonale zachowany, odnowiony i odmalowany Kościół św. Kazimierza. Jest to pierwsza barokowa świątynia w Wilnie. Jej budowę rozpoczęto w 1604 roku, dwa lata po ogłoszeniu kanonizacji Kazimierza Jagiellończyka. W swojej ponad 400-letniej historii kościół wiele zdążył już przejść i różne funkcje pełnić. Nie oszczędzały go pożary, częstokrotnie nawiedzając i niszcząc. W 1812 roku Francuzi urządzili tu magazyn zboża. Później w XIX wieku Rosjanie zamienili świątynię na cerkiew, zaś w czasie pierwszej wojny światowej mieścił się tu protestancki kościół garnizonowy. Na okres dwudziestolecia międzywojennego wrócił on w katolickie, a ściślej ujmując – jezuickie, ręce, by po przejęciu przez Sowietów przybrać funkcję muzeum ateizmu z posągiem Lenina postawionym w miejscu głównego ołtarza. W 1989 roku świątynię ostatecznie zwrócono katolikom.

Po zrobieniu dalszych kilkudziesięciu kroków nareszcie stajemy przed okraszonym sześcioma kolumnami klasycystycznym gmachem ratusza, który ze względu na znaczenie oraz centralne położenie można uznać za serce wileńskiej starówki. Obecny swój wygląd zawdzięcza on projektowi Wawrzyńca Gucewicza, według którego został odbudowany w latach 1785-1799 po licznych zawieruchach wojennych i pożarach. W XIX wieku mieścił się tu Teatr Miejski, w którym w 1854 roku odbyła się premiera pierwszej polskiej opery – „Halki” Stanisława Moniuszki.

Z lewej zostawiamy dawną dzielnicę żydowską. W czasie okupacji niemieckiej na tym niewielkim obszarze zaznaczonym ulicami Szklaną, Żydowską, Klaczki i Gaona (dziś odpowiednio: Stikli?, Žyd?, Antokolskio i Gaono) wymordowanych zostało 11 tysięcy ludzi. My zaś pozostajemy po prawej stronie Placu Ratuszowego, gdzie ponad bramą wjazdową na podwórze przy ulicy Wielkiej (Didžioji) 22 możemy dostrzec jedną z wielu pamiątek po Adamie Mickiewiczu w tym mieście. Treść umieszczona na tablicy głosi: „Z tego domu wyjechał w dniu 6 XI (25 X) 1824 r. zesłany do Rosji Adam Mickiewicz opuszczając Wilno na zawsze”. Tutaj warto napisać kilka słów na temat kontrowersji pojawiających się niekiedy wokół naszego wieszcza. Wielu Polaków nie do końca rozumie znaczenie pierwszych słów Inwokacji rozpoczynającej jedno z największych dzieł w dziejach polskiej literatury – „Pana Tadeusza”, gdzie poeta pisze: „Litwo! Ojczyzno moja (…)”. Mają mu to za złe sugerując wypieranie się polskości na rzecz Litwy. Opinie te spowodowane są w głównej mierze brakiem zrozumienia znaczenia, w jakim Mickiewicz użył nazwy dzisiejszego naszego sąsiada z północnego-wschodu. Wówczas Litwa, podobnie zresztą jak i Polska, nie miały swojego miejsca na oficjalnych mapach Europy i świata. Pisząc „Litwo” polski wieszcz rozumował kategoriami regionalnymi, gdzie Litwa została użyta w takim znaczeniu, w jakim można by napisać np. Małopolska, Mazowsze czy Kujawy. Prawie każdy z nas ma swoją małą ojczyznę, którą kocha, ale priorytetem jest zawsze Polska. Nie mam wątpliwości co do tego, że podobnie było w przypadku Adama Mickiewicza, który w dalszej części Inwokacji pisał przecież:

Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy
I w Ostrej świecisz Bramie! (…)”.

Czyli mimo całej swej miłości do Wileńszczyzny pierwszeństwo dostaje tu Częstochowa – symbol ogólnonarodowy, przed nieco bardziej regionalną Ostrą Bramą. Jego działalność w organizacjach o charakterze patriotycznym, jak choćby Towarzystwo Filomatyczne, którego był współtwórcą, nie powinna pozostawiać dalszych wątpliwości co do końcowej oceny z naszej strony. Pamiętajmy wreszcie, że mimo iż do Mickiewicza chętnie przyznają się dziś także Litwini czy Białorusini, to pisał on w języku polskim, co powinno ostatecznie zakończyć dyskusje na ten temat.

 

Zaułek Literacki, fot. Marcin Majchrowski
Zaułek Literacki, fot. Marcin Majchrowski

Idąc przed siebie ulicą Wielką dochodzimy w końcu do miejsca, w którym zmienia ona swoją nazwę na Zamkową (dziś ul. Pilies). Ma to miejsce na wysokości zaułka Literackiego (dziś Literat? gatv?), w który również warto skręcić. W tej uroczej, typowo staromiejskiej, wąskiej uliczce stoi dawny dom Piaseckich (nr 5), gdzie często zatrzymywał się u przyjaciela przyjeżdżający z Kowna w odwiedziny Adam Mickiewicz. Następnie dochodzimy do swoistej, wyrytej na murach, galerii pisarzy i poetów związanych z najróżniejszy sposób Litwą. Ponieważ więź ta może mieć charakter także geograficzny, a nie tylko etniczny, znajdujemy tu oczywiście także nazwiska polskich twórców. Oprócz wspominanego już kilkukrotnie Mickiewicza, mamy też m.in. Czesława Miłosza czy Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, którzy również przez jakiś okres życia mieszkali w Wilnie. Wracamy do ulicy Zamkowej, gdzie na kamienicy pod numerem 24 (dawny dom pani Orłowskiej) dostrzegamy tablicę o następującej treści:

W 1832-1835 r. w tym domu mieszkał i tworzył wybitny polski pisarz i historyk, wydawca pisma ‚Athenaeum’, twórca monografii historycznej ‚Wilno’ – Józef Ignacy Kraszewski”.

Było to już po jego ponadrocznym pobycie w więzieniu oraz więziennym szpitalu, dokąd trafił 3 grudnia 1830 roku wraz z grupą kolegów aresztowany za spiskową działalność patriotyczną. Wchodząc w bramę sąsiedniej kamienicy (nr 22) wysoko po lewej stronie dostrzeżemy popiersie Juliusza Słowackiego z adnotacją, że mieszkał on w tym domu. Wracamy na chwilę do ulicy Zamkowej (Pilies), by tym razem odbić z niej w lewo w ulicę Świętojańską, a następnie skręcając w Uniwersytecką oraz Skopówkę (dziś: Skapo gatv? ) zrobić pełną rundę wokół Uniwersytetu Wileńskiego, gdzie, a jakże, mamy kolejną tablicę dotyczącą Adama Mickiewicza, który studiował tu w latach 1815-1819. Podczas tego krótkiego zboczenia z głównej ulicy trudno nie zauważyć mijanej Ambasady RP znajdującej się na ul. Świętojańskiej 3 oraz umieszczonej dokładnie naprzeciw niej tablicy, która informuje:

W tym domu wybitny polski wydawca i księgarz Józef Zawadzki (1781-1838) założył drukarnię w 1805 r. i księgarnię w 1816 r. Tu w czerwcu 1822 r. po raz pierwszy drukiem wydano poezje Adama Mickiewicza ‚Ballady i romanse’”.

 

Dziedziniec domu, w którym w 1822 roku mieszkał Adam Mickiewicz - dziś muzeum poety, fot. Marcin Majchrowski
Dziedziniec domu, w którym w 1822 roku mieszkał Adam Mickiewicz – dziś muzeum poety, fot. Marcin Majchrowski

Po ponownym dojściu do ulicy Zamkowej idziemy nią tylko chwilę, by znów odbić, tym razem w prawo, w zaułek Bernardyński (Bernardin? gatv?). Tam pod numerem 11 trafiamy do muzeum polskiego wieszcza. Mieści się ono w kolejnym z domów, w którym niegdyś mieszkał Mickiewicz, o czym informuje nas tablica znajdująca się na skromnym dziedzińcu. Dopisano na niej również, że właśnie tu redagowano poemat „Grażyna”. Muzeum znajduje się w niewielkim, lecz mieszczącym wiele cennych i autentycznych eksponatów, domku. Bardzo miło było usłyszeć z ust pracowników, że istnieje ono w dużej mierze dzięki hojności i pomocy naszych rodaków z kraju, których solidarność jest w tym przypadku naprawdę godna pochwały. Po wyjściu z muzeum możemy dalej iść zaułkiem Bernardyńskim dochodząc w ten sposób do nieco bardziej ruchliwej ulicy św. Anny (dziś Maironio gatv?) i znajdującego się przy niej pięknego gotyckiego kościoła pod wezwaniem tej samej patronki. Napoleon po ujrzeniu go w 1812 roku miał ponoć rzec: „Gdybym mógł, to bym postawił go na dłoń i przeniósł do Paryża”. Przy kościele stoi wykonany w 1984 roku przez litewskiego rzeźbiarza Gediminasa Jok?bonisa pomnik Adama Mickiewicza. Następnie na chwilę przekraczamy most na Wilejce, by znaleźć się w dzielnicy zwanej Zarzeczem (lit. Užupis). Tam idąc wzdłuż ulicą Młynową (Mal?n?) docieramy do odmalowanego na czerwono budynku numer 2 – dawnego mieszkania Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, gdzie poeta mieszkał wraz z rodziną w latach 1934-1936.

 

Pomnik Mickiewicza przy Kościele św. Anny, fot. Marcin Majchrowski
Pomnik Mickiewicza przy Kościele św. Anny, fot. Marcin Majchrowski

W tym momencie warto zrobić sobie przerwę od murów miejskich i wykorzystać bliskość Parku Bernardyńskiego oraz słynnej Góry Trzech Krzyży, na którą warto wspiąć się nie tylko z racji jej sławy, ale także w celu obejrzenia najwspanialaszej dostępnej pieszym turystom panoramy miasta. Cofamy się zatem nieco ulicą Młynową, by w widocznym przejściu w zabudowaniach odbić w prawo i skierować się na most przez Wilejkę. Po jego przekroczeniu znajdujemy się już na terenie całkiem sporego parku, przez który przechodzimy kierując się nieomylnie na widoczne już tu doskonale z każdego miejsca trzy białe krzyże. Ponieważ park leży w zakolu rzeki, musimy przekroczyć ją ponownie i teraz czeka nas jedynie około dziesięciominutowa wspinaczka na szczyt. Z niego roztacza się przepiękny widok na całe Wilno. Legenda tego miejsca głosi, że za czasów księcia Olgierda umęczono tu siedmiu franciszkanów. Czterech strącono do płynącej u podnóża Wilejki, pozostałych trzech natomiast ukrzyżowano na wzgórzu. Rozglądając się wokół szybko dostrzeżemy położoną bardzo blisko Górę Zamkową (dziś Giedymina), na której znajdują się pozostałości po dawnym Zamku Górnym, w tym uchodząca za symbol miasta wieża. Tam również można bez problemu się wdrapać, tylko najpierw trzeba zejść z powrotem do Parku Bernardyńskiego i wówczas zrobić sobie kilkuminutowy spacer wzdłuż Wilejki w stronę jej ujścia do Wilii. Widok z wieży na Górze Zamkowej jest również bardzo efektowny. Schodzimy w dół do olbrzymiego Placu Katedralnego, z którego oczom naszym ukazuje się widok majestatycznie wyglądającej bazyliki archikatedralnej św. Stanisława Biskupa i św. Władysława oraz stojącej samodzielnie na lewo od niej dzwonnicy. Katedra w swojej pierwotnej, drewnianej wersji została wzniesiona jeszcze przez Władysława Jagiełłę w miejscu pogańskiej świątyni Perkunasa (Peruna). Nadano jej wezwanie św. Stanisława – patrona Polski. Była ona miejscem pochówku wielu znakomitości znanych nam z historii – królów polskich czy wielkich książąt litewskich. Warto wspomnieć choćby imiona Witolda czy Aleksandra Jagiellończyka, by mieć świadomość znaczenia tego miejsca nie tylko dla miasta czy Wileńszczyzny, ale całego państwa polsko-litewskiego.

W tym miejscu zacząłem powoli kierować się z powrotem do domu pana Henryka. Poszedłem zatem ulicą Zamkową w stronę Ostrej Bramy. By jednak dzień uznać za kompletny zmodyfikowałem nieco trasę powrotną i zamiast iść cały czas prosto ulicą Wielką w kierunku ratusza, na rozdrożu na wysokości Cerkwi Piatnickiej odbiłem w lewo w ulicę Bakszta (lit. Bokšto gatv?). W ten długi, choć położony nieco na uboczu trakt warto wejść z powodu licznych polskich śladów zgromadzonych w zasadzie w dwóch sąsiadujących ze sobą kamienicach. Pod numerem 10 mamy dom Romerów, w którym mieszkali między innymi lekarz i wydawca Jan Kazimierz Wilczyński (jego matka pochodziła z Romerów) oraz lekarz, biolog, chemik i publicysta Jędrzej Śniadecki. Znajdowała się tu również pracownia malarska Kanutego Rusieckiego oraz sala, w której koncertował Stanisław Moniuszko. Żeby dopełnić tą galerię sław, w sąsiedniej kamienicy (nr 8) znajdowało się mieszkanie Józefa Piłsudskiego. Dalej mijamy XVII-wieczny Barbakan i ulicą Cerkiewną (dziś Šv. Dvasios gatv?) dochodzimy do Ostrej Bramy. Tu zakończyłem pierwszy dzień zwiedzania Wilna. Dzięki dobrej pogodzie i narzuceniu solidnego tempa zrealizowałem większość celów postawionych sobie przed rozpoczęciem wyprawy. Okazało się to być strzałem w dziesiątkę, ponieważ, jak się miało wkrótce okazać, następnego dnia pogoda mocno się popsuła, co nie pozostało bez wpływu zarówno na czas, jak i charakter zwiedzania miasta przeze mnie.

 

Pomnik Moniuszki przy Kościele św. Katarzyny, fot. Marcin Majchrowski
Pomnik Moniuszki przy Kościele św. Katarzyny, fot. Marcin Majchrowski

Tym razem postanowiłem skoncentrować się na zachodniej części starówki docelowo zmierzając w kierunku położonego przy Prospekcie Giedymina (dawna ul. Mickiewicza) Muzeum Ofiar Ludobójstwa. Opis trasy rozpocznę od ratusza, gdyż do tego momentu była ona identyczna z wczorajszą. Będąc tam skierowałem się nie na wprost w ul. Wielką, lecz odbiłem w lewo w dawną ul. Niemiecką (dziś Vokieči? gatv?). Na tejże ulicy pod numerem 26 wisi tablica informująca, że w latach 1840-1858 mieszkał tam wybitny polski kompozytor Stanisław Moniuszko. Na kolejną pamiątkę związaną z nim natrafiamy kilkaset metrów dalej przy ul. Wileńskiej. Obok Kościoła św. Katarzyny stoi pomnik kompozytora dłuta Bolesława Bałzukiewicza wzniesiony w 1922 roku. Sam kościół jest jednym z największych i najładniejszych w Wilnie. Jego drewniany pierwowzór został zbudowany w latach 1619-1622 z inicjatywy hetmana Jana Karola Chodkiewicza. Swój obecny kształt kościół zawdzięcza rekonstrukcji dokonanej przez polskiego architekta niemieckiego pochodzenia Jana Krzysztofa Glaubitza w XVIII wieku.

Skręcając dwukrotnie w prawo, najpierw w ul. Benedyktyńską, następnie zaś w ul. Św. Ignacego dochodzimy do ulicy Dominikańskiej. Jest ona szczególną dla polskich katolików. Pod numerem 8, naprzeciw Pałacu Pociejów, znajduje się późnobarokowy Kościół św. Ducha. Jest to jedyny kościół w Wilnie, w którym msze odprawiane są wyłącznie w języku polskim. Do niedawna był w nim przechowywany oryginalny obraz Miłosierdzia Bożego „Jezu, ufam Tobie”, przed którym 5 września 1993 roku modlił się Jan Paweł II. Obecnie znajduje się tu już tylko jego kopia, a on sam został przeniesiony w 2005 roku do pobliskiego kościoła św. Trójcy (Dominikańska 12). Na murach tego ostatniego umieszczona jest pamiątkowa tabliczka, której treść głosi:

Ojciec Święty Jan Paweł II podczas pielgrzymki na Litwę 5 września 1993 r. w tym kościele spotkał się ze społecznością polską”.

Krocząc przed siebie Dominikańską wchodzimy, po przejściu skrzyżowania, w ulicę Trocką (lit. Trak? gatv?). Tam z obiektów godnych uwagi odnotowujemy: bibliotekę im. Adama Mickiewicza (nr 10, po prawej), Pałac Umiastowskich (nr 2, po prawej) oraz stojący naprzeciw niego Pałac Tyszkiewiczów (nr 1, po lewej). W ten oto sposób docieramy do ulicy Zawalnej (dziś Pylimo gatv?). Na wprost ciągnie się lekko pod górę wybrukowana Wielka Pohulanka (dziś J. Basanavičius gatv?), my zaś odbijamy w prawo w Zawalną i dalej w kierunku północno-zachodnim zmierzamy ku dawnej siedzibie NKWD i Gestapo, mieszczącej się przy Prospekcie Giedymina (kiedyś ul. Mickiewicza) 40.

 

Muzeum Ofiar Ludobójstwa mieszczące się w dawnym gmachu NKWD i Gestapo, fot. Marcin Majchrowski
Muzeum Ofiar Ludobójstwa mieszczące się w dawnym gmachu NKWD i Gestapo, fot. Marcin Majchrowski

Dziś mieści się tu Muzeum Ofiar Ludobójstwa. Mimo że dedykowane jest przede wszystkim litewskiemu ruchowi oporu, postanowiłem poświęcić mu kilka osobnych słów, bo uważam, że sposób w jaki zostało ono zorganizowane, a także bardzo bliska nam tematyka mogą być świetnym wzorem choćby dla tworzonego w naszym kraju Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce. Pomimo że, o czym była mowa we wstępie, Litwini intensywnie kolaborowali z okupantem – przede wszystkim niemieckim – by pozostać w zgodzie z prawdą nie należy jednak zapominać o tych, którzy walczyli do końca o wolną od totalitaryzmów ojczyznę. Muzeum jest bardzo ciekawie zagospodarowane przestrzennie i podzielone tematycznie. W poszczególnych pomieszczeniach nie ma w zasadzie niewykorzystanego skrawka ściany, a często także podłogi i sufitu. Przechadzając się z sali do sali natrafiamy na całe mnóstwo fotografii, relacji świadków czy opisów zdarzeń, których wiele jest dostępnych w formie multimedialnej. Możemy poczuć grozę wiejącą z gabinetu oficera śledczego NKWD spoglądając na odpowiednio wystylizowane biurko, na którym widzimy rewolwer, pęk kluczy, kajdanki i egzemplarz komunistycznej „Prawdy”. Następnie, stojąc na wprost jakże swojsko wyglądających fotografii, przeniesiemy się myślami do lasu by dołączyć do litewskich odpowiedników Żołnierzy Wyklętych. Zdjęcia uśmiechniętych partyzantów, sanitariuszek czy łączniczek na tle drzew tak są przecież bliskie wszystkim nam, których interesuje historia tzw. drugiej konspiracji. W kolejnej sali poczujemy grozę zsyłki na Sybir, oglądając otwarty, naprędce spakowany kuferek, do którego oprócz kilku ubrań i modlitewnika nic już nie udało się włożyć, bo enkawudzista popędzał kolbą karabinu. W kolejnych pokojach przyjrzymy się codziennemu życiu zesłańców i wreszcie radości z powrotów, której doczekało tak niewielu. Osobne pomieszczenia prezentują pamiątki związane z Litewską Socjalistyczną Republiką Radziecką. Na jednej ze ścian mieści się dokładnie rozpisany schemat władzy w Komunistycznej Partii Litwy. Ponadto możemy tu znaleźć legitymacje partyjne, mundury funkcjonariuszy poszczególnych służb itp. Dużą atrakcją jest możliwość zejścia do piwnic, w których mieściły się owiane złą sławą cele więzienne (tzw. tiurmy) KGB.
Klucząc po skromnie oświetlonych pomieszczeniach z pryczami, izolatkach, pokojach urzędników śledczych, więziennej bibliotece czy prymitywnych prysznicach przesiąkamy atmosferą grozy lat stalinizmu. Po tej wizycie mocniej uświadamiamy sobie codzienność, z jaką zmagali się partyzanci, również polscy, więzieni i katowani przez bolszewickich pachołków, chociaż niby własnych rodaków.

Cela więzienna NKWD w Muzeum Ofiar Ludobójstwa, fot. Marcin Majchrowski
Cela więzienna NKWD w Muzeum Ofiar Ludobójstwa, fot. Marcin Majchrowski

W tym miejscu kończę opis tej wizyty w Wilnie. Koncentrowałem się podczas niej przede wszystkim na polskich śladach, których jest tu od groma i mam nadzieję, że swoje wrażenia w możliwie ciekawy sposób udało mi się w niniejszym tekście zawrzeć. Chciałbym w ten sposób zachęcić czytelników do odwiedzenia tego pięknego miasta nad Wilią, gdzie dziś krzyżują się kulturowe wpływy polskie, litewskie i rosyjskie. Nasza mowa nie była tam, wbrew otrzymywanym wcześniej ostrzeżeniom, czerwoną płachtą na byka. Niemal wszyscy wilniucy, z wyjątkiem kilku młodszych osób, mając oferowany przez mnie wybór języka do dalszej komunikacji – polskiego, angielskiego lub rosyjskiego – decydowali się rozmawiać po polsku. Mimo że niechęć Litwinów do nas jest faktem ogólnie znanym, to jednak w Wilnie mamy do czynienia z takim ogromem polskiej historii poukrywanej w jego murach, parkach, kamienicach i staromiejskich zaułkach, że to miasto na zawsze będzie miało w sobie polski pierwiastek, bez względu na to, kto by nim aktualnie nie administrował.

Marcin Majchrowski