Aktualności

Zesłańcy z wyboru

Wierszyna, fot. Piotr Dudała
Wierszyna, fot. Piotr Dudała

Syberia? bezkresna kraina śniegu i mrozu. Tak piękna i niebezpieczna zarazem. Na obszarze większym niż cała Europa mieszka dziś mniej ludzi, niż w Polsce. No właśnie? Polska. Naszą ojczyznę z tą położoną na krańcach świata krainą już od stuleci łączą silne więzi. Odkryta i umieszczona na mapach pod koniec XVI wieku (pochód Jermaka Timofiejewicza rozpoczęty w 1581 roku) szybko stała się istotnym elementem geopolitycznej układanki tworzonej przez kolejnych władców moskiewskich. Ze względu na bardzo srogi klimat ciężko szło zachęcanie osadników do dobrowolnego zasiedlania tych ziem.

W efekcie tego z czasem zaczęła rodzić pierwsze swe owoce instytucja przymusowego zasiedlania Syberii w formie zsyłek ? zarówno okresowych, jak i stałych. Jeśli chodzi o pierwsze udokumentowane nieliczne kontakty polskich zesłańców z azjatycką częścią Rosji, to nie wyglądały one bynajmniej tragicznie i nie zapowiadały późniejszej czarnej legendy tej krainy. Pierwszymi polskimi zesłańcami byli jeńcy wojenni, którzy trafiali tam w wyniku licznych wzajemnych polsko-rosyjskich działań bojowych w XVII wieku. Traktowali oni owe zsyłki jako rodzaj pewnej przymusowej przygody. Mogli wieść w miarę swobodne życie, tyle że z dala od rodzinnych stron. Sytuacja pogorszyła się znacznie po rozbiorach i wcieleniu znacznych obszarów Królestwa Polskiego w granice Rosji. Wówczas skala zjawiska znacznie wzrosła, a jej apogeum przypadło na okres Powstania Styczniowego, kiedy to w ramach odwetu za buntowniczą działalność przeciw carowi Rosjanie wywieźli na Sybir około 40 tysięcy Polaków. W samym Irkucku w drugiej połowie XIX wieku żyło około 3 tysięcy wygnańców z polskich ziem. W tym okresie nie było już oczywiście mowy o żadnej ekscytującej przygodzie w odległych krainach. Pobyt daleko za Uralem wiązał się już tylko z ciężką, niewolniczą pracą, walką o przeżycie każdego kolejnego dnia w nieprzyjaznym człowiekowi klimacie i częstokroć z brakiem jakichkolwiek perspektyw na powrót do domu i ponowne ujrzenie bliskich. O tym, jak nieludzkie i trudne były warunki zesłania styczniowych powstańców najlepiej świadczy fakt wzniecenia przez nich w akcie desperacji kolejnego buntu, już na nowej ziemi, tzw. Powstania Zabajkalskiego. 24 czerwca 1866 roku grupa 700 zesłańców słabo uzbrojona i bez żadnych realnych szans powodzenia wypowiedziała zbrojnie posłuszeństwo Rosjanom. Po czterech dniach zryw został ostatecznie rozgromiony przez zdecydowanie większe siły carskie w bitwie pod Miszychą. Po rewolucji październikowej wiele rzeczy w Rosji uległo zmianie niemal na każdej płaszczyźnie życia. Nietkniętą pozostała jednak instytucja zsyłek na Syberię i Daleki Wschód, która została dodatkowo wzbogacona o rozsiany po całym terytorium sowieckiego imperium system obozów pracy przymusowej GUŁag (rus. Gławnoje Uprawlenije Isprawitielno-trudowych Łagieriej i Kolonij, pol. Główny Zarząd Poprawczych Obozów Pracy). Zesłanie stało się dla Polaków przez te wszystkie lata synonimem spełnienia najczarniejszych snów, nieskończonej tułaczki i nędzy, wreszcie wyrokiem śmierci. Jak zatem ktoś znający historię i realia przymusowych wywózek może zareagować na informację o istnieniu osób, a nawet całych lokalnych społeczności, które zdecydowały się dobrowolnie rzucić ziemię swoich ojców i wyruszyć w poszukiwaniu chleba i szczęścia tam, gdzie diabeł mówi dobranoc? Mimo że brzmi to niewiarygodnie, na przełomie XIX i XX wieku byliśmy świadkami takich właśnie migracji. Kiedy większość nie godzących się ze swym losem pod obcymi zaborami Polaków ładowała dorobek swego życia na statki przemierzające Atlantyk w kierunku ziemi obiecanej, czy to Stanów Zjednoczonych, czy też Kanady lub Brazylii, inna grupa śmiałków również oczekiwała na dworcach kolejowych Małopolski i Galicji na podróż swojego życia, tyle że w zupełnie przeciwnym kierunku. Co ich gnało w tamtą stronę? Na pewno niemałe połacie ziemi, której akurat Syberia nikomu nie żałuje, zwrot części kosztów podróży oraz zaliczka pieniężna w wysokości kilkudziesięciu rubli (średnio równowartość 2-3 pensji robotniczych w miastach europejskiej Rosji) na rozpoczęcie nowego życia, które obiecał śmiałkom premier reformator Piotr Stołypin, były dla wielu wystarczającym argumentem. Nie mogli wiedzieć, że gdy dotrą już do swojego miejsca docelowego, oczom ich ukaże się bezmiar dzikiej przestrzeni, a obiecana ziemia pod uprawę to będzie po prostu rosnąca dumnie i spoglądająca groźnie na człowieka potężna rosyjska tajga. Z takim właśnie widokiem zetknęli pierwsi dobrowolni emigranci z Zagłębia Dąbrowskiego, którzy w 1910 roku przybyli na Syberię, by zasiedlić ziemie położone około 100 km na północ od Irkucka. Pierwszą kluczową sprawą było dla nich własnoręczne wykarczowanie lasu, by móc zacząć siać i dzięki temu zdobyć środki utrzymania. Drugą zaś budowa domu. Zwłaszcza to ostatnie okazało się być nie lada wyzwaniem. Nowoprzybyli mieszkańcy tych ziem nie zdawali sobie sprawy z ogromu różnic klimatycznych dzielących ich kraj od Syberii. Stąd też nie mogli wiedzieć, że zima, a wraz z nią pierwszy śnieg, pojawiają się tu już we wrześniu. Za radą nieprzychylnych im z początku miejscowych Buriatów wstrzymali się więc z budową domów, które nie miałbyby szans przetrwać zimy w stanie nieukończonym. Oznaczało to jednak konieczność wykopania i utrwalenia ziemianek z gliny, słomy i kamieni, które miały stanowić substytut budynku mieszkalnego na najchłodniejszą porę roku, gdzie średnia temperatura stycznia wynosi minus 29 stopni. Mimo tych ekstremalnie trudnych warunków udało im się przetrwać w komplecie tą pierwszą zimę na Syberii. Takie były początki najbardziej znanej polskiej osady za Uralem ? Wierszyny. Dziś liczy ona sobie ponad 500 mieszkańców. Wszyscy mówią po polsku, charakterystyczną małopolską gwarą sprzed stu lat, gdyż ewolucja ich polszczyzny zakończyła się z chwilą opuszczenia ojczyzny przez przodków. Różnie układały się losy wierszynian na przestrzeni ich niedługich dziejów. Od początku skazywano ich na zagładę. Nieobyci z tajgą oraz tutejszym klimatem, mieli nie przetrwać nawet jednej zimy. ?Większość z przesiedleńców wymaga troski, zajęli najmniej zdatną do zagospodarowania działkę, nie mając przy tym żadnego doświadczenia np. w handlu drewnem, smołą i dziegciem itd. Przegłodowawszy pierwszą zimę, będą głodować i w tę? – pisał w liście do biskupa irkucki ksiądz Piotr Bulwicz. Kilka rodzin zdecydowało się na powrót w rodzinne strony. Inni zbierali na to środki, ale wybuch wojny światowej i osiągająca absurdalne rozmiary inflacja pokrzyżowały ich plany. Natomiast po roku 1926 o jakimkolwiek powrocie nie było już mowy, gdyż wyjazd ze Związku Sowieckiego został zakazany. Nie bacząc jednak na przeciwności, nowi Sybiracy zaczęli się rychło organizować po swojemu. W dwa lata po przybyciu pierwszych osadników, tzw. chodaków, w Wierszynie stała już szkoła, zaś po upływie dalszych trzech lat poświęcono kościół, który jednak w 1929 roku władze radzieckie zamieniły na klub kołchoźnika (swoją pierwotną funkcję odzyskał on dopiero w latach pieriestrojki). Najtrudniejsze dla polskich osad na Syberii nie okazały się bynajmniej lata drugiej wojny światowej lub, wedle propagandy sowieckiej, Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Ta bowiem w zasadzie tam nawet nie doszła. ?Jestem szczęśliwa, że nie widziałam wojny. Był głód, ale nie było strachu? – wspomina Franciszka Janaszek, mieszkanka Wierszyny. Prawdziwym dramatem był natomiast okres tzw. czystek stalinowskich, których apogeum przypadło na lata 1937-38. Wówczas to Wierszyna straciła trzydziestu, w zgodnej opinii najinteligentniejszych, mieszkańców ? więcej niż czwartą część swojej ówczesnej męskiej populacji.

Na wschód! Na Białystok!, fot. UM w Białymstoku
Na wschód! Na Białystok!, fot. UM w Białymstoku

W jeszcze większym stopniu czystki dotknęły położoną w Guberni Tobolskiej (dziś Obwód Tomski) wieś Biełostok vel Białystok. Za wieloletnie przeciwstawianie się kolektywizacji i zamianie wsi na kołchoz syberyjscy białostoczanie, z których notabene większość pochodziła z grodzieńszczyzny, zostali poddani ogromnym represjom w tych najczarniejszych latach władzy sowieckiej. 13 sierpnia 1937 roku, zaledwie dwa dni po rozkazie Nikołaja Jeżowa, szefa NKWD, rozpoczynającego Operację Polską w ZSRR, do Białegostoku przybyli enkawudziści aresztując kilkunastu mężczyzn na podstawie zarzutów o działalność kontrrewolucyjną w strukturach Polskiej Organizacji Wojskowej. Urodzony w syberyjskim Białymstoku Wasyl Haniewicz w swojej książce ?Białostocka tragedia? umieścił obszerną listę osób ze wsi pomordowanych w tamtym okresie. ?Antoni Artisz, lat 22, „osądzony” i zamordowany w nieznanym miejscu w 1937; Bolesław Artisz, lat 31, zamordowany w maju 1938; Jan Artisz, lat 33, i Józef Artisz, lat 35, zamordowani w maju 1938; Adam Arytmowicz, lat 26, zamordowany w maju 1938; Paweł Bach, lat 34, zamordowany w czerwcu 1938; Stanisław Bach, lat 38, zamordowany w maju 1938; Aleksy Bek, lat 54, nauczyciel rodem z Warszawy, zamordowany w styczniu 1938…? – to zaledwie jej początkowy fragment. Dzisiaj Białystok liczy sobie około 220 mieszkańców.

Kilkaset kilometrów na południowy-wschód od Białegostoku znajdują się z kolei dwie wioski założone przez Mazurów, dobrowolnie przybyłych pod koniec XIX wieku do Republiki Chakasji. W 1897 roku Aleksander Kiersz założył Aleksandrówkę, której mieszkańcy następnie przez lata utrzymywali się z roli. Później, już za czasów ZSRR, część mieszkańców Aleksandrówki zdecydowała się założyć kolejną wieś ? Znamienkę. Obydwie przetrwały do dnia dzisiejszego, czego niestety nie doświadczyły inne mazurskie sioła na Syberii, takie jak choćby Wilejka czy Kresławka. Pytany przez naukowca i działacza polonijnego w Chakasji, Sergiusza Leończyka, o motywy emigracji swoich przodków akurat w kierunku wschodnim potomek jednego z nich odpowiedział: ?Dziadek nie chciał wyjeżdżać za pracą do Niemiec, bo nie czuł się Niemcem. Wybrał Syberię…?. Po dziś dzień żyją rozsiani po całej Syberii potomkowie polskich emigrantów z wyboru. Mimo iż materialnie powodzi im się gorzej, niż rodakom nad Wisłą czy w Europie Zachodniej, ani myślą o powrocie. Bo do czego i kogo mieliby wracać? Urodzili i wychowali się na Syberii, którą pokochali. Tam spędzili swoje dzieciństwo, lata młodzieńcze, tam chodzili do szkoły, z której uciekali w tajemnicy przed rodzicami na pierwsze wagary, tam przeżywali swoje pierwsze uniesienia miłosne. Słowem: zawarte są tam wszystkie ich najważniejsze wspomnienia. To jest ich dom. Nie znaczy to bynajmniej, że przestali czuć się Polakami i zapomnieli o swoim pochodzeniu. Gdyby tak było, nie kultywowaliby przez sto lat z okładem polskich tradycji, wiary katolickiej i obchodzenia związanych z nią świąt. Nie tworzyliby polskich szkół, by uczyć swoje dzieci polskiej historii w niezrozumiałym dla mieszkańców okolicznych wsi języku. Polskość jest czymś, co nosimy w sercu, nieważne gdzie jesteśmy. Mieszkańcy Wierszyny, Aleksandrówki czy Białegostoku doskonale to rozumieją. Ale jednocześnie są Sybirakami. Na zawsze.

Ślązaczka ze stowarzyszenia , fot. Piotr Dudała
Ślązaczka ze stowarzyszenia , fot. Piotr Dudała

„Świat naprawdę nic o nas nie wie. Każdy przybysz znad Wisły obiecuje góry złota, namawia do powrotu do kraju, stara się nas pouczać, chce na siłę zmienić nasze życie. Ludzie nie rozumieją jednego, że Syberia dla Polaków tu mieszkających, to nasza mać… – po prostu nasza ziemia, z którą jesteśmy zrośnięci na dobre i złe, połączeni od kołyski aż po grób. Wielu z nas, szczególnie tych starszych, nie wytknęło nawet nosa poza Wierszynę, poza bezkresne obszary, rozciągające się wokół naszych domostw. Świat dla nas zaczyna się i kończy tu, gdzie ogarnia nas zewsząd bezmiar tajgi… My, którzy się tu wychowaliśmy, naprawdę nie możemy żyć bez miejsca urodzenia. Nasi rodacy z kraju myślą, że skoro w Rosji nie ma pracy, a w sklepach jest drożyzna, to umieramy tu z głodu. Tak nie jest i nigdy nie było, gdyż człowiek obyty z tajgą nie zginie z głodu, nawet gdy zdechnie mu ostatnia krowa, a całe domostwo spłonie wraz z zapasami.” – mówi Ludmiła, urodzona w Wierszynie wnuczka polskich emigrantów z okolic Olkusza. Jako jedna z nielicznych miała okazję poznać smak prawdziwej Polski. W 1990 roku udało jej się wyjechać na studia do Gdańska, które ukończyła pięć lat później. W kraju swoich przodków nawiązała wiele znajomości, poznała wspaniałych ludzi, ale… ?tęsknota za Syberią była tak silna, że liczyłam się z tym, że w każdej chwili przerwę studia i choćby na piechotę, ale wrócę do Wierszyny…? – dodaje.

Jak widać, nie każda wywózka Polaków na ziemie położone w azjatyckiej części Rosji wiązała się z przymusem i represjami. Mimo że początki, jak zawsze na emigracji, bywały ciężkie, a za czasów władzy komunistycznej naszych krajanów w Rosji spotykały liczne prześladowania, postanowili oni niezmiennie trwać w przywiązaniu do swej pierwszej ojczyzny, jednocześnie obdarzając prawdziwym i niekłamanym uczuciem nową ziemię, tę, w której przyszło im układać sobie życie ? Syberię. Obecnie coraz więcej turystów ulega fascynacji tą, niegdyś budzącą swą nazwą tylko grozę, krainą. W internecie możemy natknąć się na liczne relacje z wypraw koleją transsyberyjską czy podróży nad Bajkał. Jeśli również Tobie, czytelniku, zdarzy się kiedyś tam trafić, pamiętaj o rodakach, którzy mieszkają daleko na wschód od Bugu. Być może na szlaku Twojej wyprawy również znajduje się jakiś polski ślad, który czeka na odkrycie.

Marcin Majchrowski

Materiały wykorzystane w tekście:

http://dabrowagornicza.naszemiasto.pl/artykul/galeria/1338353,wierszyna-mala-wioska-na-syberii-zamieszkana-przez-potomkow,id,t.html

http://forsal.pl/artykuly/686257,wierszyna_nasza_kolonia_w_azjatyckiej_rosji.html

http://romualdkoperski.pl/aktualnosci/100-lecie/wierszyna

http://www.naszdziennik.pl/wp/7046,zaglada-polskiej-wsi-bialystok.html

http://www.naukawpolsce.pap.pl/aktualnosci/news,391583,naukowcy-na-syberii-sa-dwie-wsie-w-ktorych-mieszkaja-mazurzy.html

http://www.peron4.pl/rosja-wierszyna-kawalek-polski-w-gluchej-tajdze/

Szlak transsyberyjski, pod red. Macieja Żemojtela, Wyd. 4, Kraków, Wydawnictwo Bezdroża, 2009, ISBN 978-83-7661-051-1