Aktualności

Pożegnanie z „Inką”

Tekst powstał w oparciu o wspomnienia Pana Jerzego Łytkowskiego (*1936, zamieszkały w Zwierzyńcu, pow. Tuchola, emerytowany nauczyciel fizyki)
Tekst powstał w oparciu o wspomnienia Pana Jerzego Łytkowskiego (*1936, zamieszkały w Zwierzyńcu, pow. Tuchola, emerytowany nauczyciel fizyki)

Przy jednym stole z ?Łupaszką?

Podczas niedawnego pobytu w Polsce udało mi się dotrzeć do jednego z coraz mniej licznych świadków walk o wolną Polskę na Pomorzu Gdańskim w okresie wczesnego PRL-u. W piątek, 8 listopada, po przedarciu się przez gąszcz Borów Tucholskich, z pomocą życzliwej lokalnej ludności, we wczesnych godzinach popołudniowych zajechałem na podwórze gospodarstwa Państwa Łytkowskich. Zdaje się, że oderwałem zaskoczonego Pana Jerzego od jakiejś pracy na świeżym powietrzu. Przedstawiłem się i zapytałem, czy nie znalazłby dla mnie chwilki, aby opowiedzieć nieco o czasach, gdy owo gospodarstwo było wielokrotnie odwiedzane przez żołnierzy 5 Wileńskiej Brygady AK mjr. Zygmunta Szendzielarza ?Łupaszki?. Miałem sporo szczęścia, bowiem okazało się, że żona Pana Łytkowskiego akurat gdzieś wyjechała, został on w domu zupełnie sam, w związku z czym dysponował tego dnia pewnym zapasem wolnego czasu. ?Niech pan wejdzie? – usłyszałem. Zostałem posadzony przy stole w kuchni. Tym samym, przy którym blisko 70 lat temu siedział ?Łupaszko?, ?Żelazny?, ?Lufa? czy sanitariuszka ?Inka?, bardzo lubiana przez mamę 10-letniego wówczas Jurka.

?Pierwszy raz przyszli [?łupaszkowcy?] w kwietniu 1946 roku? – rozpoczął snucie opowieści Pan Jerzy. Pojawił się wówczas por. Henryk Wieliczko ?Lufa?. Rano, między godziną 9 a 9:30, do zabudowań Łytkowskich podjechał lokalny milicjant o nazwisku Mosiądz. Na szczęście czasu było na tyle dużo, że ?Lufę? udało się jeszcze ukryć w studni, po czym mama i ciotka Jurka wyszły mundurowemu na spotkanie informując go, że widziały jakiś czas temu partyzantów, kierujących się pieszo na położony niedaleko Lubocień. W tym samym mniej więcej okresie w ręce ?łupaszkowców? wpadł miejscowy ubek Franciszek Wielgosz (*1925). Ze względu na młody wiek schwytanemu nie wymierzono kary śmierci, lecz zamiast tego pouczono go w formie reprymendy, czym jest UB i nakazano wystąpić z tej organizacji.

Druga wizyta to przełom kwietnia i maja 1946 roku. U progu domu Łytkowskich zjawił się wówczas sam mjr. ?Łupaszko? z jedenastoma żołnierzami. Była niedziela. Ze względu na znaczną liczebność oddziału gospodarze przynieśli do pokoju słomę, w celu zapewnienia gościom większego komfortu spania. Do dyspozycji partyzantów zawsze oddawano jeden pokój, do którego Jurek nie miał prawa wstępu. Na noc wystawiany był jeden wartownik z tyłu gospodarstwa. W części frontowej o obecności ewentualnych intruzów natychmiast informowało psie szczekanie. Położenie domostwa Łytkowskich na odludziu, w oderwaniu od reszty zwierzynieckich gospodarstw, bardzo sprzyjało temu systemowi wczesnego ostrzegania, gdzie raczej wykluczone było oszczekiwanie przez psy przypadkowych przechodniów czy też ujadanie bez powodu.

Rankiem, po posileniu się jajecznicą, partyzanci ponownie rozpłynęli się w leśnych ostępach. Zdarzało się tak, że gospodarze przygotowywali żołnierzom obiad, po który przychodził oddelegowany z oddziału kurier. Tak było również i tamtego razu, gdy w porze obiadowej zjawił się po garnek z ciepłym posiłkiem por. ?Stefan?. W tym samym czasie w kierunku posesji zaczęło zbliżać się dwóch milicjantów. Jeden z nich był ? jak to określił Pan Jerzy – ?swój?, jednak jego kompanem był niejaki Pająk lub Pająkowski ze Śliwic, którego lokalna społeczność uważała za niepewnego, ze względu na jego kontakty z UB. Pierwszą myślą ?Stefana? było ?załatwienie? go, lecz ostatecznie poprzestał na schowaniu się i przeczekaniu wizyty obydwu, po czym wraz z grochówką dla oddziału zniknął w lesie. W podzięce za gościnę ?Łupaszko? zapłacił Leonowi (ojciec Jerzego) 500 złotych, z czego tata odpalił chłopcu 50.

Od tego czasu Major nakazał, by żołnierze, ze względów bezpieczeństwa, poruszali się i nocowali jedynie małymi grupkami. Stąd też kolejna wizyta leśnych partyzantów (maj 1946) to tylko trzy osoby. Oprócz wspomnianego wcześniej por. ?Stefana?, był też kpr. Henryk Wojczyński ?Mercedes? oraz jeszcze jeden żołnierz, którego imienia ani pseudonimu mój rozmówca nie zapamiętał. Warto w tym miejscu przybliżyć sylwetkę tego drugiego – ?Mercedesa?. Był to dla Łytkowskich człowiek całkowicie zaufany, gdyż jeszcze w czasie okupacji niemieckiej mama Jurka jeździła do mieszkających w Bydgoszczy Wojczyńskich leczyć zęby (Pan Jerzy nie określił dokładnie, kto był dentystą ? przypuszczać jednak można, że chodziło o matkę lub ojca ?Mercedesa?). W późniejszym postępowaniu sądowym Danuta Siedzikówna ?Inka? kilkukrotnie wspominała go, nazywając swoim narzeczonym. Komuniści nie chcieli przyjąć tych zeznań do wiadomości, gdyż mieli już z góry postawioną tezę, że ?Inka? to kochanka samego ?Łupaszki? – nieuchwytnego wówczas dla nich jednego z najaktywniejszych i najgroźniejszych żołnierzy powojennego podziemia antykomunistycznego w Polsce ? i bardzo chcieli w nią wierzyć, ignorując zeznania samej dziewczyny (nie po raz pierwszy i nie ostatni bynajmniej). Alojzy Nowicki, będący zastępcą naczelnika więzienia w Gdańsku w czasie, gdy trzymano, przesłuchiwano i mordowano tam ?Inkę?, jeszcze kilka lat temu w wywiadzie udzielonym Piotrowi Szubarczykowi z gdańskiego oddziału IPN z absolutną pewnością nieomylności własnej wiedzy podkreślał rzekomy fakt istnienia związku łączącego dziewczynę z ?Łupaszką?. Częściowo pozwala to nam zrozumieć, dlaczego ta 17-letnia sanitariuszka była wtedy tak ważna dla UB i tak przez komunistów znienawidzona, że w efekcie skazali ją na śmierć, wyrok niezwłocznie wykonali, a dobre imię hańbili jeszcze przez wiele lat. Mimo że całe mnóstwo ?leśnych bandytów? mających znacznie większy i bardziej realny wpływ na działania swoich oddziałów otrzymało łagodniejsze kary (dość typowym przypadkiem było dożywocie zamieniane na kilkanaście lat więzienia i wyjście z niego po odwilży w 1956 roku, przed upłynięciem terminu odsiadki), to ?Ince? nie darowano właśnie w akcie zemsty za bezradność bezpieki w próbach ujęcia mjr. Szendzielarza. To dodatkowo jeszcze potęguje cały tragizm sytuacji, w której znajdowała się ta nastoletnia bohaterka. Najlepszym przykładem na to, komu należy wierzyć w całej tej historii niech będzie dla nas reakcja samego ?Mercedesa?, który wkrótce po otrzymaniu informacji o śmierci ?Inki? poprosił o przeniesienie go z operującego w Borach Tucholskich szwadronu Olgierda Christy ?Leszka? do działającego na Warmii i Mazurach szwadronu ?Lufy?. Nietrudno się domyślić, że za tego typu prośbą musiała stać potrzeba zmiany otoczenia, ludzi oraz chęć rozpoczęcia nowego życia. ?Mercedes? zmarł 30 października 1946 roku w okolicach wsi Stawiguda na Mazurach, w wyniku ran odniesionych w potyczce z oddziałem MO.

Wróćmy jednak do Zwierzyńca i wspomnianej wizyty trójki partyzantów u Łytkowskich w maju 1946 roku. Dowódca szwadronu, 23-letni Zdzisław Badocha ?Żelazny? – kolejny utalentowany i znienawidzony przez bezpiekę żołnierz ?Łupaszki? – wyznaczył wcześniej punkt zborny swojego oddziału w okolicach położonej nieopodal leśniczówki Wilcze Doły. Dokładne miejsce nie zostało jednak określone. ?Żelazny? powiedział Łytkowskim tylko, że w nocy przyjdą jeszcze inni partyzanci i prosił, by kierowali ich jedynie na Wilcze Doły i nigdzie dalej, dla bezpieczeństwa i zachowania zasad konspiracji. Tam mieli oni być rozpoznawani przez swoich i doprowadzani w konkretne miejsce zbiórki. Oprócz tego, co wiemy o ?Żelaznym? z książek i artykułów, tzn. że był niezwykle odważnym, przebojowym, zdecydowanym (słynny nocny, stukilometrowy rajd z 19 maja 1946 zakończony rozbrojeniem 7 posterunków MO na terenie dwóch powiatów, bez żadnych strat własnych ? informacja o tym wydarzeniu trafiła nawet na antenę radia BBC), a równocześnie dojrzałym jak na swój wiek dowódcą, Pan Jerzy dodał także, że ppor. Badocha to był taki ?swojski chłopak?. Dzięki otwartemu usposobieniu z miejsca wzbudzał u nowo poznanych osób zaufanie i szacunek, na które inni musieliby o wiele dłużej pracować.

Następnie we wspomnieniach Jerzego Łytkowskiego pojawiają się jeszcze dwie wizyty małych grup partyzantów z przełomu maja i czerwca 1946 roku (ze wskazaniem jednak na drugą połowę maja). Najpierw była to grupa 3 lub 4 żołnierzy dowodzona przez ?Mercedesa?, a następnie 5 pod rozkazami ?Stefana?. W tym miejscu mój gospodarz również zaznaczył, że podkomendni ?Stefana? zawsze wyróżniali się na tle pozostałych starannym ubiorem, dbałością o każdy szczegół swojej wojskowej garderoby. W oczach 10-letniego dziecka było w ich mundurach coś, co sprawiało, że żołnierze ci prezentowali się korzystniej od noszących angielskie ?andersowskie? uniformy chłopaków ?Żelaznego? czy ?Leszka?.

Pożegnanie z ?Inką?

Danuta Siedzikówna
Danuta Siedzikówna

Tymczasem nadszedł lipiec 1946 roku. Ciągła walka z podległymi Moskwie przedstawicielami władzy ludowej i bezpieki zmuszała do uzupełniania co pewien czas zapasów leków i opatrunków w leśnych oddziałach. Nie inaczej było w 5 Szwadronie 5 Wileńskiej Brygady ?Żelaznego? (faktycznie to już ?Leszka?, gdyż ?Żelazny? od 28 czerwca nie żył, o czym jednak w oddziale jeszcze nie wiedziano). W tym celu Olgierd Christa ?Leszek? zmuszony był oddelegować kogoś na wyjazd do Gdańska po zaopatrzenie. Dodatkowym zadaniem wyznaczonej osoby miało być skontaktowanie się z przebywającym w Trójmieście ?Łupaszką?. Problem swojemu dowódcy zdjęła z głowy sanitariuszka jego oddziału ? Danuta Siedzikówna ?Inka?. Dziewczyna zdawała sobie sprawę, jak ryzykownego zadania się podejmuje, ale chęć spotkania z młodszą siostrą Irenką (ze względu na coraz większe trudności wychowawcze związane z opieką nad 15-latką, w obliczu braku rodziców, babcia Aniela zmuszona była oddać ją do jednego z trójmiejskich domów dziecka) oraz wujem ze strony matki, Brunonem Tymińskim, przeważyła szalę. W sobotę, 13 lipca rano, ?Inka? zjawiła się u Łytkowskich wraz z wyznaczonym do ubezpieczania jej w czasie tej podróży Henrykiem Kazimierczakiem ?Czajką?. Oboje przyszli w celu przebrania się w cywilne ubrania pożyczone od rodziców Jurka. Danka włożyła na siebie czarną spódnicę, czarny żakiet i białą bluzkę należące do mamy chłopca. Poprosiła również o chustę, mającą ukryć widoczne wklęśnięcie na lewym policzku (pozostałość po porodzie, podczas którego uszkodzeniu uległy drobne mięśnie twarzy Danusi). Była to cecha na tyle charakterystyczna, że łatwo mogła doprowadzić do zdekonspirowania podróżującej pary. Ponadto zabrała ze sobą dużą torbę podróżną, którą mama mojego rozmówcy pozyskała w czasie okupacji niemieckiej od szewca Kaszubowskiego z Czerska. Olgierd Christa we wspomnieniach tak oto opisuje swoje wrażenia na widok gotowej do wyjazdu ?Inki?:

?Kiedy stanęła przede mną, żeby zameldować gotowość wyjazdu, spojrzałem zdziwiony, jakbym ujrzał kogoś zupełnie nieznanego. Była zawsze ubrana w wojskowy uniform i w wojskowe buty, które zniekształcały sylwetkę. Teraz stała przede mną smukła, uśmiechnięta, ładna dziewczyna, w pożyczonej gdzieś na wsi letniej sukience?.

Odnośnie powyższego cytatu Pan Jerzy pragnął jedynie mocno podkreślić, że pamięta doskonale spódnicę i żakiet, nie zaś letnią sukienkę, w którą miała być ubrana dziewczyna. Warto mieć to na uwadze, ponieważ wersja z sukienką weszła już chyba do powszechnej świadomości nie tylko dzięki książce Christy (?U Szczerbca i Łupaszki?), ale przede wszystkim za sprawą znakomitego spektaklu Teatru Telewizji ?Inka 1946?.

?Czajka? został przyodziany w granatowy garnitur Leona Łytkowskiego, kupiony kiedyś od Niemców w Darłowie. Swoje wojskowe ubrania partyzanci zostawili w gospodarstwie, po czym osobno ruszyli w kierunku stacji kolejowej Lipowa Tucholska. Dzień był lekko pochmurny, nie padało (?pogoda w sam raz do sianokosów? – jak to określił Pan Jerzy). ?Czajka? wyszedł około 10-tej, ?Inka? jakieś pół godziny po nim. Kiedy wyszła, chłopiec doskoczył do okna, by odprowadzić ją wzrokiem tak daleko, jak to możliwe. Jej krok nie był, wbrew spotykanym gdzieniegdzie relacjom, spokojny, beztroski i przepełniony radością na myśl o czekającej ją podróży i perspektywie spotkania z siostrą. Pan Łytkowski mówił, że szła przygarbiona i zamyślona, jakby gdzieś podświadomie przeczuwała swój los. On zaś nie dopuszczał do siebie myśli, że właśnie widzi tak lubianą przez swoją mamę dziewczynę po raz ostatni…

W piątek, 19 lipca, Leon Łytkowski wybrał się na stację w Lipowej, by odebrać ?Inkę?. Miała wracać pociągiem z Gdyni o godzinie 14. Miejsce docelowe zastał całkowicie obstawione przez KBW, które legitymowało wszystkich zmierzających w jego kierunku. Ojca Pana Jerzego jednak nie wylegitymowano, ponieważ dowódcą tej obstawy był niejaki Piesik (później w bydgoskim KBW) ? podkomendny Jurija Aleksiejewa, którego ojciec bardzo dobrze znał jeszcze z czasów partyzantki sowieckiej na tych terenach. Zresztą znajomości w kręgach berlingowców, milicjantów czy nawet w samym UB pozwalały Leonowi stosunkowo niskim kosztem pomagać ?łupaszkowcom?. Spędził on łącznie na UB zaledwie tydzień, kiedy za radą znajomego z tamtych kręgów zameldował w Tucholi o pobycie partyzantów w swoim gospodarstwie. Znajomy ów powiedział mu wcześniej, że oni i tak już o tym wiedzą, więc ojciec zyska w ich oczach wiarygodność, jeśli się z tą informacją ujawni. Zdarzało się, że sami żołnierze doradzali mu podobną rzecz ? żeby po odczekaniu odpowiedniego czasu od ich wyjścia dla własnego dobra informował o tym władze. Wracając jednak do naszej historii, kiedy ojciec zobaczył całą tą obstawę, przypuszczał, że mogło stać się coś złego. Młoda sanitariuszka nie wysiadła na umówionej stacji i z taką właśnie informacją Leon Łytkowski wrócił do domu. Mogło jednak okazać się, że ?Inka? wróci którymś z kolejnych pociągów w inny dzień, w tzw. terminie rezerwowym. Niewątpliwie w ten właśnie sposób myśleli również partyzanci, którzy następnego dnia zjawili się w gospodarstwie Łytkowskich w 18 osób i stacjonowali przez cały dzień. Oczywiście wiadomość z Gdańska o tym, że ?Inka? została aresztowana przez tamtejsze UB w nocy z piątku na sobotę nie miała szans do nich dotrzeć. Po całodziennym bezowocnym oczekiwaniu na swoją sanitariuszkę żołnierze opuścili gospodarstwo. Następnego dnia, tj. w niedzielę rankiem, wracając z porannej mszy na godzinę 8 (czyli mogło być wtedy coś między 9 a 9:30) Jurek usłyszał strzały dochodzące z okolic wsi Szlachta. Jak się okazało, dziesięciolatka nie zawiódł słuch. Istotnie na ścieżce prowadzącej ze stacji w Lipowej Tucholskiej do Szlachty oddział KBW zauważył poruszającą się grupę ?Leszka?, w związku z czym jeden z żołnierzy Korpusu otworzył w jej kierunku ogień. Dowódca został postrzelony, jednak przeżył. Niesiony przez kilka kilometrów na noszach, został następnie ?zamelinowany? w ziemiance u jednego z gospodarzy we wsi Zimne Zdroje, po czym wywieziono go do Łodzi na operację i rekonwalescencję. Do oddziału powrócił prawdopodobnie po około 3 tygodniach (według innej informacji dopiero we wrześniu). W wyniku powstałej strzelaniny śmierć poniosło natomiast dwóch ?utrwalaczy władzy ludowej? – chor. Tadeusz Santkiewicz oraz kpr. Józef Niemir. Po dziś dzień stoi w miejscu tamtej potyczki niewielki pomnik upamiętniający poległych żołnierzy, tyle tylko, że w ciągu kilku ostatnich lat zdjęto z niego tablicę epitafijną oraz zdemontowano pozbawionego korony orła białego ? symbol Polski Ludowej. Pan Jerzy pamięta dobrze fakt, że żołnierze ?Łupaszki? używali w tym czasie niemieckich pistoletów jako broni.

 

Olgierd Christa
Olgierd Christa

Warto w tym miejscu napisać kilka dodatkowych słów na temat Olgierda Christy ?Leszka?, gdyż był to żołnierz nietuzinkowy ? być może najlepszy obok ?Żelaznego? dowódca, jaki kiedykolwiek służył u ?Łupaszki?. ?Leszka? również cechowała odwaga połączona z roztropnością i doskonałą zdolnością planowania swoich akcji. To właśnie on uchodzi za pomysłodawcę wspomnianego wcześniej nocnego rajdu z 19 maja 1946 po powiatach kościerskim i starogardzkim, w trakcie którego rozbrojono 7 posterunków MO oraz zlikwidowano grupę NKWD-UB w Starej Kiszewie. Po tym jak ?Żelazny? został ranny pod Tulicami koło Sztumu na początku czerwca 1946 roku, ?Leszek? przejął dowodzenie w szwadronie i stan ten trwał aż do momentu jego rozwiązania, prawdopodobnie na rozkaz komendanta Okręgu Wileńskiego AK ppłk. Antoniego Olechnowicza ?Pohoreckiego?, w dniu 21 listopada 1946 roku. Wówczas Christa został zmuszony rozpocząć nowe życie w cywilu. Wraz z por. Leonem Smoleńskim ?Zeusem? zakotwiczył w Gdyni. Jerzy Łytkowski pamięta ostatnią wizytę ?Leszka? w swoim domu w lutym 1947 roku. Miało to miejsce już po ogłoszeniu ?amnestii? przez władze ludowe, a więc po 22 lutego. Christa wówczas zmagał się z dylematem ? czy powinien ujawnić się, czy też nie. Nie wiemy, ku jakiej decyzji skłaniały się jego myśli w owym czasie. Wiadomo natomiast, że 19 kwietnia zgłosił się ostatecznie na UB w Sopocie, skąd został natychmiast przewieziony do WUBP w Gdańsku. Od tego czasu próbował normalnie żyć, m.in. angażując się w działalność sportową, jednak w niecałe półtora roku później władza upomniała się o niego ponownie i 28 sierpnia 1948 został w Gdańsku aresztowany. 13 sierpnia 1949 roku został skazany na cztery lata więzienia. Cieniem na jego postaci niewątpliwie kładzie się rozpoczęta w czerwcu 1952 roku współpraca z UB w roli tajnego współpracownika (do 1973 jako ?Kismet?, później aż do 1989 jako ?Stefan?). Zwerbowano go, jak sam twierdził, szantażując tym, że ?zgnije w więzieniu i zostanie wykończony?. Mój rozmówca nie znał szczegółów współpracy Christy z bezpieką i był raczej przekonany, że w jej wyniku nie ucierpiał żaden z jego dawnych towarzyszy broni, ale nie da się ukryć, że miała ona miejsce. Niemniej jednak, w całokształcie Olgierd Christa dał się zapamiętać zdecydowanie pozytywnie ? jako utalentowany i oddany sprawie niepodległości dowódca w czasach walki partyzanckiej oraz, już po 1989 roku, jako energiczny i aktywny działacz na rzecz przywracania pamięci i dobrego imienia żołnierzom tzw. drugiej konspiracji. Zmarł w 2004 roku w Gdańsku i został pochowany w rodzinnym grobowcu na Cmentarzu Katolickim w Sopocie.

Ukryty skarb ?Zeusa?

Kolejnym regularnym gościem posesji Łytkowskich był inny partyzant ?Łupaszki? – Leon Smoleński ?Zeus?, czasem pojawiający się ze swoją narzeczoną (późniejszą żoną) ? sanitariuszką 5 Brygady – Janiną Wasiłojć ?Jachną?. Była to również para obdarzona nieprzeciętnymi charakterami. ?Zeus? był jednym z nielicznych żołnierzy, którym mjr. Szendzielarz osobiście podarował pamiątkowy sygnet z wygrawerowanym napisem: ?Przyjacielowi Żołnierzowi ? Łupaszko?, będący wyrazem głębokiego szacunku dla jego dokonań. ?Jachna? z kolei została dobrze zapamiętana przez komunistyczny aparat władzy ze względu na swoją nieugiętą, dzielną, wielokrotnie krnąbrną i doprowadzającą urzędników do irytacji czy nawet furii postawę podczas toczącego się przeciwko niej procesu. Ciekawostką jest fakt, że gdy w styczniu 1947 roku funkcjonariusze UB przyszli po ?Jachnę? do wspólnego jej z ?Zeusem? zielonogórskiego mieszkania, zupełnie nie zdawali sobie sprawy, kim jest leżący obok w tym samym pokoju z wysoką gorączką mężczyzna i zabrali tylko ją. ?Zeus? natomiast, w odpowiedzi na lutową amnestię, ujawnił się 28 marca. Aresztowano go przeszło rok później ? 3 czerwca 1948 roku. Po trwającym trzy lata śledztwie został ostatecznie zwolniony ze względu na, jak to określono, ?brak dostatecznych dowodów winy?. Na swoją narzeczoną czekał aż do odwilży 1956 roku. Pobrali się dwa lata później. Wróćmy jednak do 1946 roku. ?Zeus? i jego ludzie odwiedzali gospodarstwo w Zwierzyńcu dość często ? czasem nawet po trzy razy w tygodniu. Pan Jerzy szczególnie zapamiętał jego wizytę (w mundurze ubranym na lewą stronę) wraz z Janem Majkowskim ?Atlantykiem? w pierwszej połowie sierpnia 1946 roku. Przynieśli ze sobą worek, którego zawartość następnie ?Zeus? wspólnie z Leonem Łytkowskim poszli zakopać w słomie. Jak się okazało, były to pieniądze w kwocie 1 miliona złotych zarekwirowane z Przedsiębiorstwa Lasów w Brusach, niezbędne dla przetrwania partyzantów, którzy nie mieli szans na normalne życie w cywilu. Miały być wydawane tylko zaufanym, znajomym żołnierzom. O skali ówczesnej konspiracji niech świadczy fakt, że zagadnięta o to zdarzenie w 2005 lub 2006 roku ?Jachna? nie miała pojęcia, że do niego w ogóle doszło, mimo że przecież spędziła z ?Zeusem? większość swojego życia.

W drugiej połowie sierpnia Jurek wyjechał na dwa tygodnie na wakacje do dziadków w Żalnie, więc jego wiedza na temat wizyt partyzantów w tym okresie jest mocno okrojona. Pamięta jednak na pewno, dzięki domowym opowieściom, że w tym czasie równolegle bywali z odwiedzinami u Łytkowskich Robert Nakwas-Pugaczewski ?Okoń? oraz w dalszym ciągu ?Zeus?. Wkrótce pojawił się w okolicy jeszcze ktoś, kto swoją obecnością wprowadził sporo zamieszania w szeregi 5 Brygady oraz codzienne życie rodziny Łytkowskich ? Władysław Haliński ?Mały?. Dowodził on operującym w okolicach Śliwic oddziałem, zwanym po prostu Grupą ?Małego?. Była ona często mylona z Brygadą Wileńską, choć rzeczywiście nie miała z ?łupaszkowcami? nic wspólnego. Ponieważ jednak UB z czasem zaczęło coraz bardziej deptać jej po piętach, czterech członków grupy, w tym ?Mały? i ?Grzonka?, postanowiło dołączyć do wilniuków. ?Mały? miał jednak trudny i porywczy charakter, co wielokrotnie doprowadzało do konfliktów w oddziale. Zdarzały mu się też drobne kradzieże, a to było surowo tępione przez ?Łupaszkę? u swoich podkomendnych. Pan Jerzy mówił, że jego rodzice autentycznie bali się ?Małego?, gdyż uważali go za nieobliczalnego. Pewnego dnia podobno doszło u Łytkowskich do takiej sprzeczki między nim a ?Zeusem?, że prawie zaczęli do siebie strzelać. W wyniku narastających niesnasek czwórka od ?Małego? zdecydowała się na dezercję z oddziału. Po tym zdarzeniu ?Zeus? natychmiast uprzedził Łytkowskich, by nie wydawali uciekinierom żadnych ukrytych pieniędzy. Tymczasem dezerterzy rozdzielili się. ?Mały? z ?Grzonką? poszli w jedną stronę, natomiast dwaj pozostali (ich nazwisk ani pseudonimów Pan Jerzy niestety nie zapamiętał) trafili do jednego z okolicznych gospodarzy, którym był prawdopodobnie człowiek o nazwisku Linda. Właśnie tam zostali namierzeni przez UB. Przeczuwając co ich czeka w przypadku pojmania, bronili się do samego końca, do przysłowiowego ostatniego naboju. Jeden z nich zginął podczas tego starcia, drugi zaś, ciężko ranny, został aresztowany przez funkcjonariuszy. Z rannego udało się bezpiece wydobyć zeznania, w których zdradził, że przychodzili czasami do pokrytego czerwonym dachem domu z białej cegły. W urzędzie natychmiast zorientowano się, że chodzi o posesję Leona Łytkowskiego, ponieważ takiemu opisowi odpowiadały tylko dwa budynki mieszkalne w okolicy. Wówczas doszło do wspomnianej wcześniej sytuacji, gdy znajomy z UB polecił Leonowi zgłosić się dobrowolnie do nich z informacją o pobycie u niego żołnierzy, ponieważ oni i tak już o tym wiedzieli.

?Mały? z ?Grzonką? zjawili się w gospodarstwie jeszcze raz, po upływie kilku miesięcy, w marcu 1947 roku. Obaj byli już po ujawnieniu, na które zdecydowali się po lutowej amnestii. Pan Jerzy pamięta to zdarzenie, ponieważ akurat wtedy nie poszedł do szkoły. Był potrzebny do pomocy przy poganianiu koni. Niedawni partyzanci poszukiwali środków na rozpoczęcie nowego życia, więc zapytali o ukryte pieniądze, na co mama Jurka (można zatem wywnioskować, że ojca nie było wówczas w domu) blefując odparła, że pierwsze słyszy, aby u nich kiedykolwiek były chowane jakieś pieniądze. Jednak ze względu na wspomniany już strach przed nieobliczalnością i porywczością ?Małego? zdecydowała się wyjawić fakt, że trzyma w cukierniczce schowane rezerwowe sto złotych i może im to ewentualnie dać. ?Mały? te pieniądze przyjął, co według Jerzego Łytkowskiego doskonale ukazuje, jakim był typem człowieka. Ostatecznie Władysław Haliński ?Mały?, cały czas prześladowany przez bezpiekę, zdecydował się na emigrację do Londynu, korzystając z kanału przerzutowego na Zachód, którym dysponował ksiądz pułkownik Wrycza z Tucholi.

 

Od lewej:
Od lewej:

Ostatni raz w zorganizowanej grupie ?łupaszkowcy? odwiedzili Łytkowskich w pierwszych dniach listopada 1946 roku. Była to księżycowa noc z lekkim przymrozkiem. Pierwszy przyszedł ?Leszek?. Jakąś godzinę później zjawił się ?Zeus?. Była z nimi również ?Jachna?. Małemu Jurkowi bardzo utkwiło w pamięci pewne zdanie wypowiedziane przez jednego z żołnierzy podczas tego pobytu. Stwierdził on mianowicie, że partyzanta od pospolitego bandyty oddziela jedynie bardzo cienka linia i czasem wystarczy niewielki krok, żeby ją przekroczyć. Trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić i wypada jedynie docenić to, że ludzie podlegli majorowi Szendzielarzowi byli świadomi tych zagrożeń, wypaczeń i patologicznych zachowań, jakie może nieść ze sobą konieczność walki w ciągłej konspiracji. Wiemy jednak, że akurat jego oddziały odznaczały się nie tylko świetnym wyszkoleniem bojowym, ale także wysokim poziomem świadomości etycznej i moralnej. W tym czasie, ze względu na zagęszczającą się ogólną atmosferę wokół zbrojnego podziemia antykomunistycznego, dowodzący grupą ?Leszek? zdecydował o wystawieniu dwóch strażników na nocną wartę, nie zaś jak zwykle do tej pory ? jednego. Podczas swojego dyżuru któryś z nich przez nieuwagę zostawił za sobą niedomknięte drzwi. Gdy po jakimś czasie pod wpływem wiatru drzwi głośno trzasnęły, cały śpiący oddział zerwał się na równe nogi w przekonaniu, że był to wystrzał z broni palnej. Tym razem na szczęście alarm okazał się fałszywy, ale to zdarzenie świetnie ilustruje, z jakim napięciem zmagał się nieustannie, dwadzieścia cztery godziny na dobę, system nerwowy każdego żołnierza leśnych jednostek. Warto mieć tego świadomość, gdy kiedyś ponownie bezrefleksyjnie przeczyta się taki fragment, jak ten pochodzący z książki ?Żołnierze wyklęci? Joanny Wieliczki-Szarkowej: ?Ostatni polski partyzant [Józef Franczak ?Lalek? – przyp. aut.] zginął 18 lat po wojnie. W konspiracji spędził ponad 20 lat, połowę swojego życia?.

Ostatni akord związany z odwiedzinami żołnierzy ?Łupaszki? u Łytkowskich wybrzmiał w drugi dzień Wielkanocy 1947 roku, gdy popołudniową porą zjawił się dwudziestokilkuletni wysoki, elegancki mężczyzna z zawartym na papierze poleceniem od ?Zeusa?, w którym prosił on o wydanie owemu posłańcowi z Gdyni ostatków ukrytych pieniędzy. Ojciec Jerzego, po rozpoznaniu charakteru pisma swojego wielokrotnego gościa, nie miał podstaw, by odmówić i w ten oto sposób historia bezpośrednich kontaktów Łytkowskich z żołnierzami powojennego podziemia dobiegła końca. Tajemniczy przybysz wziął jeszcze chłopca na przejażdżkę na ramie roweru, pozwalając odstawić się prawie pod samą stację w Lipowej Tucholskiej. Około 200 metrów przed jej budynkiem oznajmił mu jednak, że tu się pożegnają i dalej pojedzie sam. ?Lepiej, żeby nikt nas razem nie widział? – powiedział, by po chwili zniknąć za leśnym zakrętem.

Marcin Majchrowski