Aktualności

Polska i Serbia – analiza porównawcza

Polska i Serbia - analiza porównawcza17 lutego przypadła czwarta rocznica ogłoszenia niepodległości przez tzw. Republikę Kosowa. Dzień później ulicami Warszawy przeszła licząca około 1500 osób manifestacja solidarności polskich środowisk patriotycznych z Serbami. Należałoby zapytać, dlaczego? Co nas, Polaków, obchodzi batalia o liczący niewiele ponad 10 tys. kilometrów kwadratowych skrawek ziemi gdzieś na południu Europy? Dlaczego ludzie wychodzą na ulice, by manifestować swoje poparcie dla narodu, z którym nigdy nie mieliśmy jakichś specjalnych wzajemnych powiązań? Narodu, dodajmy prawosławnego i pozostającego od zawsze w bardzo dobrych stosunkach z Rosją, z którą nam akurat z reguły nie było po drodze. Dlaczego od lat na polskich stadionach kibice wywieszają transparenty o treści „Kosowo jest serbskie” lub podobnej? Przecież z tego, co od lat mogliśmy usłyszeć w telewizji oraz przeczytać w gazetach, wyłania nam się obraz Serba-ludobójcy, potwora, zaborcy i źródła wszelkiego zła na Bałkanach. Dopiero przyglądając się bliżej zarówno Serbom, jak i ich sąsiadom w szerszym kontekście historycznym będziemy w stanie zrozumieć, że prawda  nie jest taka czarno-biała, jak życzyliby sobie tego Amerykanie czy też zwolennicy Brukseli, włącznie z miłościwie nam panującym obecnym rządem RP, który jako jeden z pierwszych w lutym 2008 roku uznał niepodległość Republiki Kosowa. Okaże się również, że Polaków łączy z Serbami znacznie więcej, niż z jakimikolwiek innymi Słowianami Południowymi, włącznie z katolickimi Chorwatami i Słoweńcami. Po dłuższym zastanowieniu, będziemy mogli wręcz dojść do wniosku, że z Serbami mamy więcej wspólnego niż z jakąkolwiek inną nacją. Ale po kolei.

            Kosowo to stosunkowo niewielki kawałek ziemi w południowo-zachodniej części Serbii lub jak wolą zwolennicy niepodległości – na południowy-zachód od niej. W największym przybliżeniu ma ono kształt kwadratu/rombu o boku 100 km otoczonego z czterech stron górami. W XIV stuleciu, które nie bez przyczyny nazywane jest Złotym Wiekiem Serbii, właśnie Kosowo było ścisłym centrum państwa serbskiego. Było to centrum zarówno w sensie religijnym, ponieważ w Peću znajdował się patriarchat, jak i centrum politycznym, gdyż stolicą imperium cara (jedynego w historii Serbii) Stefana Duszana było kosowskie miasto Prizren. Było to wreszcie centrum gospodarcze – znajdowały się tam ogromne złoża złota i srebra, powstało w ich pobliżu miasto Novo Brdo liczące kilkanaście tysięcy mieszkańców, co oczywiście w realiach XIV wieku było ilością robiącą spore wrażenie. Żeby zrozumieć znaczenie tej ziemi dla prawosławnych Serbów, wystarczy wspomnieć, że z 7 najważniejszych budowli sakralnych w Serbii aż 5 znajduje się w Kosowie. A w zasadzie znajdowało, ponieważ Katedra Świętej Trójcy w Djakovicy została wysadzona w powietrze przez tzw. partyzantów z UĆK (Kosowskiej Armii Wyzwoleńczej), a w praktyce po prostu albańskich terrorystów w lipcu 1999 roku, czyli wkrótce po wejściu sił NATO.

            W roku 1389 doszło do wydarzenia mającego kluczowe znaczenie dla postrzegania Kosowa w świadomości Serbów. Tu też następuje moment, po którym odróżnienie prawdy od mitu będzie coraz trudniejsze. Doszło wtedy do Bitwy na Kosowym Polu. Liczące około 40 tys. rycerzy wojska tureckiego sułtana Murada I stanęły naprzeciw liczącej nieco mniej głów chrześcijańskiej koalicji antytureckiej pod dowództwem serbskiego księcia Lazara Hrebeljanovicia. Ciekawostką jest to, że w armii Lazara znajdowało się również, liczące od kilkuset do nieco ponad tysiąca ludzi, rycerstwo polskie, dla którego był to pierwszy w historii kontakt z wojskami osmańskimi. Wiemy na pewno, że w trakcie bitwy śmierć ponieśli dowodzący swoimi armiami – zarówno sułtan Murad I, jak i książę Lazar. Wiemy też, że ta bitwa stanowiła początek końca złotego okresu w Serbii. Całej reszty możemy się jedynie domyślać, a rozbieżności między mitologią serbską, a z trudem odtwarzanymi faktami dotyczą m.in. tak kluczowej kwestii jak ustalenie jej wyniku. Według legendy, zwanej też „mitem kosowskim”, w przeddzień bitwy miał się księciu Lazarowi pod postacią szarego sokoła ukazać przybyły z Jerozolimy prorok Eljasz i ofiarować mu wybór: albo zwycięży i podbije ziemskie królestwo, albo przegra bitwę i w ten sposób zdobędzie miejsce w niebie dla siebie i swoich ludzi. Książę nie wahał się. Postanowił poświęcić swoje wojska i zapewnić wszystkim Serbom życie wieczne oraz specjalny status pośród narodów świata poprzez wybór męczeństwa. Analogia do mesjańskiej misji narodu polskiego nasuwa się w tym momencie sama. Mimo że „mit kosowski” żyje w świadomości Serbów aż po dziś dzień, historia bitwy była znacznie bardziej banalna. Wbrew temu co twierdzą Serbowie, nie ponieśli oni w tej bitwie spektakularnej klęski, a nawet wcale jej nie przegrali. Źródła z pierwszych lat po bitwie mówią nawet o nieznacznym ich zwycięstwie, ale faktycznie przyjmuje się jej rezultat za nierozstrzygnięty. Skąd ten niespotykany upór Serbów w tworzeniu historii klęski, której nigdy nie ponieśli? Chodzi tu przede wszystkim o wydarzenia poprzedzające oraz następstwa konfrontacji na Kosowym Polu. Tak naprawdę kluczową była stoczona 18 lat wcześniej, we wrześniu 1371 roku bitwa nad rzeką Maricą, gdzie Turcy w obliczu pięciokrotnej przewagi serbskiej podstępnie zaatakowali pod osłoną nocy siły koalicji chrześcijańskiej. Utorowało im to drogę do dalszego zasiedlania Bałkanów i postępującej ekspansji terytorialnej. W takich warunkach doszło do owej legendarnej bitwy na Kosowym Polu. Ponieważ, jak już wspomniałem, nie przyniosła ona konkretnego rozstrzygnięcia i zakończyła się impasem, Turcy kontynuowali swą politykę powolnego zasiedlania miasta za miastem i wsi za wsią i w tenże sposób doszli do władzy tak czy inaczej. Zapoczątkowało to okres ponad 400-letniej okupacji tureckiej na ziemiach serbskich. Z własnej historii doskonale wiemy czym jest utrata państwowości, stąd możemy lepiej zrozumieć znaczenie stworzenia i kultywowania „mitu kosowskiego” przez Serbów.

            Turecka okupacja na Bałkanach miała podobny charakter do postawy zaborców wobec Polski i była skierowana na wynaradawianie i to niekoniecznie drogą przemocy. Jeśli zatem, ktoś miał ambicję piastowania wyższego stanowiska w administracji czy po prostu znalezienia lepszej, bardziej prestiżowej pracy, „wystarczyło” mu przejść na islam. Oczywiście przy tak długiej okupacji nie do uniknięcia były przypadki takich konwersji, stąd mamy dziś mnóstwo rdzennych Słowian wyznających religię Mahometa. Dotyczy to w głównej mierze takich rejonów jak Sandżak na północ od Kosowa, na pograniczu serbsko-czarnogórskim oraz przede wszystkim Bośnia. Absolutna większość Serbów jednak nie utraciła swej świadomości narodowo-religijnej i pozostała wierna ideałom swoich przodków w warunkach, co jest jeszcze raz godne podkreślenia, trwającej blisko pół milenium okupacji.

            Kontynuując wątek okupacyjny, pragnę dodać, że Serbowie byli jedynym narodem, który podczas tych długich lat niewoli wzniecał powstania antytureckie. Największe i najbardziej znane z nich związane są z postacią Jerzego Petrovicia, znanego bardziej jako Jerzy Czarny, w oryginale Karadjordje. Pierwsze powstanie serbskie trwało w latach 1804-1813 i przyniosło jedynie krótkotrwałą autonomię zarządzaną przez Jerzego Czarnego tytułującego się Wielkim Wodzem. Utworzono wówczas też Zgromadzenie Narodowe i Radę Rządzącą mające stanowić pozory w pełni suwerennego państwa. Ostatecznie został on wygnany przez Turków z kraju w 1813 roku, a w jego miejsce zaledwie dwa lata później kolejne powstanie – tzw. drugie powstanie serbskie wzniecił Milosz Obrenović. W jego wyniku doszło do utworzenia Księstwa Serbii w ramach Imperium Osmańskiego. Ostatecznie na mocy traktatów w San Stefano oraz w Berlinie w 1878 roku Serbia po ponad czterech stuleciach odzyskała niepodległość, a w 1882 roku ogłosiła się królestwem. Zatem tendencja do buntu przeciwko siłą narzuconej władzy, nie godzenie się na poddaństwo to kolejny czynnik, który ukazuje nam niezwykłe podobieństwo między naszymi narodami.

            Kolejną zbieżnością są koleje losów Polaków i Serbów w czasach największego konfliktu zbrojnego, jeśli nie w historii, to na pewno w czasach nam relatywnie współczesnych. Mowa tu oczywiście o II wojnie światowej. Abym jednak mógł w pełni rozwinąć ten temat, muszę najpierw powiedzieć kilka słów o sąsiadach i z biegiem czasu największych lokalnych rywalach Serbów – Chorwatach. Choć dzisiaj takie stwierdzenie zdaje się brzmieć jak bluźnierstwo, to faktycznie Chorwaci i Serbowie są jednej i tej samej krwi, mają tych samych przodków, a między ich językami istnieje jedynie sto kilkadziesiąt różnic, czyli de facto prędzej możemy tu mówić o różnych dialektach niż językach. Podczas procesów zbrodniarzy wojennych w Międzynarodowym Trybunale do Spraw Byłej Jugosławii w Hadze dochodziło nawet przez to do dość komicznych sytuacji, gdy serbscy oskarżeni zgłaszali sprzeciw, że protokół z sesji sądowej został sporządzony w „obcym” dla nich języku chorwackim lub vice versa, i żądali z tego tytułu np. unieważnienia całej sesji. Tak naprawdę jedyną rzeczą odróżniającą przez całe wieki Serbów i Chorwatów była wiara. Serbowie to prawosławni, Chorwaci – katolicy. Serbowie preferują cyrylicę, Chorwaci – alfabet łaciński. I na tym można by w zasadzie zakończyć wyliczanie różnic między nimi. Przez wieki żyli razem we względnym pokoju, a na początku XX wieku postępujące tendencje madziaryzacyjne w Cesarstwie Austro-Węgierskim upowszechniły nawet powstawanie wspólnych serbo-chorwackich inicjatyw na jego terenach. Po pierwszej wojnie światowej w wyniku postanowień Traktatu Wersalskiego zostało proklamowane Królestwo Serbów, Chorwatów i Słoweńców, przmianowane w 1929 roku na Jugosławię. Dopiero wówczas, gdy przyszło im żyć w jednym państwie, okazało się, że ani Serbowie ani Chorwaci nie są w stanie przezwyciężyć wzajemnych uprzedzeń, przeważnie bardziej urojonych niż faktycznych. Ambitni Chorwaci czuli się zdominowani przez Serbów w nowopowstałym państwie, w wyniku czego na początku 1929 roku wygnany z Królestwa Ante Pavelić utworzył we Włoszech skrajnie nacjonalistyczną i proniemiecką organizację Ustaszów, czyli z chorwackiego: powstańców, buntowników. Ostatecznym ich celem było wyodrębnienie Chorwacji ze struktur państwowych Jugosławii i zapewnienie Chorwatom własnego, niezależnego kraju. Przed wybuchem II wojny światowej najbardziej spektakularną ich akcją był udany zamach na Króla Jugosławii Aleksandra I Karadjordjevicia w 1934 roku w Marsylii. Gdy nastała wojna i Rzesza Niemiecka wspólnie z faszystowskimi Włochami wkroczyły do Jugosławii, stało się jasne, że właśnie Ustaszów uczynią swymi namiestnikami na tych ziemiach. W kwietniu 1941 roku Ante Pavelić dumnie proklamował powstanie tzw. Niezależnego Państwa Chorwackiego, w skrócie NDH (chorw. Nezavisna Drżava Hrvatska). Było ono oczywiście niezależne tylko z nazwy, natomiast faktycznie całkowicie kontrolowane przez Włochów i Niemców (z początku mniej więcej po połowie, z czasem w coraz większym stopniu przez Niemców, aż do całkowitej ich dominacji). NDH obejmowała z grubsza tereny dzisiejszej Chorwacji, Bośni i Hercegowiny oraz środkowej części Serbii, zwanej Sremem. Okupanci powołali ten marionetkowy twór w prostym celu. Chodziło o dalsze podsycanie wzajemnej nienawiści między Chorwatami i Serbami i częściowe odciążenie dzięki temu własnych sił na Bałkanach. Chorwaci, ze smutkiem muszę przyznać, okazali się bardzo pojętnymi uczniami i bez problemu odnaleźli się w roli brutalnych oprawców. Wkrótce po ustanowieniu NDH zaczęto tworzyć dobrze nam znane obozy koncentracyjne. Odpowiednikiem Oświęcimia stał się na Bałkanach obóz w Jasenovacu w południowo-zachodniej Sławonii niedaleko granicy z Bośnią. Różnica polegała jednak na tym, że o ile w Oświęcimiu mordowano głównie Żydów, to w Jasenovacu ginęli przede wszystkim Serbowie, dopiero w dalszej kolejności Żydzi oraz Cyganie. Wprawdzie w ostatecznym rozrachunku ofiar Auschwitz było znacznie więcej, niż Jasenovaca, jednak to czego dopuścili się strażnicy tego drugiego obozu w nocy 29 sierpnia 1942 roku nie miało chyba precedensu. Mianowicie założyli się oni między sobą, który z nich będzie w stanie zamordować tej nocy większą liczbę więźniów. „Zwycięzca” Petar Brzica poderżnął gardła 1360 Serbom. Ante Zrinusić przyznał się do liczby 600 ofiar, natomiast Mile Friganović zakończył te ponure zawody z wynikiem 1100 nieszczęśników na swoim koncie. Brutalność Ustaszy z czasem zaczęła przerażać nawet samych Niemców i Włochów do tego stopnia, że dochodziło do rozbrajania całych oddziałów chorwackich przez nich.

            Ustasze i Niemcy nie byli jednak jedynym wrogiem Serbów w czasie wojny. Tak jak w Polsce siły nabierały struktury podziemnej Armii Ludowej, tak w Serbii trzecią siłę stanowili komunistyczni partyzanci skupieni wokół charyzmatycznego Josipa Broza, pół-Chorwata, pół-Słoweńca, znanego jako Tito (pseudonim ten wziął się od radzieckiego pistoletu TT używanego przez niego). Serbscy rojaliści zgrupowani w formacjach czetnickich mieli zatem dwóch wrogów we własnym kraju – nazistowskiego okupanta oraz komunistów. Sytuacja jako żywo przypominała tu więc tę znaną żołnierzom i oficerom AK czy NSZ w okupowanej Polsce. Różnił się jednak sposób prowadzenia wojny przez te trzy siły u nas i na Bałkanach. O ile w Polsce trwała permanentna i bezkompromisowa walka wszystkich ze wszystkimi, o tyle na Bałkanach często dochodziło do tymczasowych koalicji, wspólnych akcji taktycznych przeciwko „tym trzecim” oraz wzajemnego lawirowania między sobą, co dodatkowo utrudniało ocenę i zrozumienie aktualnej sytuacji strategicznej. Gdy jednak pod koniec wojny Alianci Zachodni wraz ze Związkiem Radzieckim przestali uznawać czetników Draży Mihajlovicia za oficjalnych przedstawicieli narodu serbskiego i przekierowali swe poparcie w stronę komunistów Tity, stało się jasne, że bez względu na jej wynik marzenia o ponownym przywróceniu królestwa w Jugosławii legły w gruzach. Po wojnie miały na Bałkanach nastać nowe porządki spod znaku czerwonej gwiazdy. Jakie to miało konsekwencje dla rojalistów, czetników i pozostałych serbskich patriotów, którzy w walce z nazistami jeszcze niedawno przelewali swoją krew – nie muszę chyba dodawać. Tutaj polska analogia znów spieszy z nieocenioną pomocą.

            Ostatnią rzeczą, której chciałbym poświęcić uwagę są dążenia terytorialne Serbów. Nie wątpię, że większość czytelników nie jeden raz słyszała o sentymentalnej koncepcji Wielkiej Polski. W największym skrócie chodzi w niej o odzyskanie Kresów Wschodnich z Wilnem i Lwowem na czele. Niektórzy ponadto chętnie przygarnęliby Królewiec, czyli będący obecnie w granicach Federacji Rosyjskiej Kaliningrad, zaś przedstawiciele nurtu, że się tak wyrażę „ekstremalnego”, zerkają również na zachód, aż za Odrę, by zająć się tematem Pomorza Zachodniego czy też Łużyc – ziem, było nie było, rdzennie słowiańskich. W każdym razie, bez względu na wszelkie rozbieżności, chodzi o włączenie ziem uważanych za polskie w granice Rzeczypospolitej. Nie jesteśmy jednak w żadnym wypadku jedynym narodem, który pragnie zjednoczyć wszystkie swoje obecne i dawne terytoria w obrębie swych granic. Gdy pod koniec XIX i na początku XX wieku bałkańskie kraje jeden za drugim wyzwalały się spod kilkuwiekowego tureckiego panowania na mapie tego regionu zapanował taki bałagan, że osobie stojącej z boku niełatwo było się w tym połapać. Ponieważ od czasu wejścia Turków na Bałkany minęło po 400-500 lat i w tym okresie zarówno sytuacja demograficzna, jak i polityczna bardzo się zmieniła, władcy świeżo wyzwolonych państw zaczęli na nowo tworzyć mapy swoich terytoriów, obejmujące również ziemie, które po prostu uważali za swoje. W ten sposób niemal w jednym czasie powstały z reguły mocno ze sobą kolidujące idee „Wielkiej Grecji”, „Wielkiej Bułgarii”, „Wielkiej Albanii” czy też wreszcie „Wielkiej Serbii”, na której z oczywistych przyczyn chciałbym się skupić. „Wielka Serbia” w wersji minimum obejmuje tereny dzisiejszego państwa serbskiego, rzecz jasna wraz z Kosowem, a ponadto Czarnogórę, Macedonię, Republikę Serbską w Bośni (stanowi ona 49% terytorium państwa Bośnia i Hercegowina) oraz leżące obecnie na terenach Chorwacji – Sławonię i Krajinę (lub jak ją wolą określać Serbowie, by nie było wątpliwości – Serbską Krajinę). Ci z bardziej wybujałymi marzeniami terytorialnymi chętnie widzieliby w granicach Serbii również chorwackie Wybrzeże Dalmatyńskie i Słowenię. A ponieważ do tej ostatniej nie da się dotrzeć inaczej niż poprzez zagarnięcie Chorwacji Właściwej, dochodzimy w ten sposób praktycznie do całego obszaru byłej Jugosławii, z wyjątkiem muzułmańskiej części Bośni i katolickiej Hercegowiny. Właśnie realizacja idei „Wielkiej Serbii” była jednym z najczęściej pojawiających się zarzutów wobec Slobodana Miloszevicia i to nie tylko przez serbskich wrogów wojennych, ale przede wszystkim przez jego współtowarzyszy z Komunistycznej Partii Jugosławii, dla których skrajnie nacjonalistyczna postawa była oczywiście zdradą ideałów marksizmu. W rzeczywistości Miloszević nie był ani do końca zdeklarowanym komunistą, ani też na pewno nie był nacjonalistą. Był za to człowiekiem pragnącym władzy za wszelką cenę, zwykłym oportunistą i tymczasową ideologię polityczną dostosowywał do swoich aktualnych potrzeb. Gdy więc Jugosławia chyliła się ku upadkowi i ulegała postępującemu rozdrobnieniu, jedynym sposobem na utrzymanie władzy nad względnie dużym terytorium stało się dla niego podpięcie pod ideę „Wielkiej Serbii”, co też bez większych oporów moralnych i światopoglądowych Miloszević uczynił.

            Zatem czas na podsumowanie. W powyższych akapitach starałem się przytoczyć możliwie dużą ilość przykładów na podobieństwa, które istnieją między dwiema słowiańskimi nacjami – Polakami i Serbami. Chciałem również przy tej okazji przybliżyć odbiorcy kilka istotnych zagadnień z zakresu serbskiej historii. Nie miałem zamiaru całkowicie wybielać Serbów i czynić z nich całkowitych niewiniątek i ofiar sytuacji. Należy jasno powiedzieć, że to Serbowie zamordowali 7 tysięcy bośniackich Muzułmanów w Srebrenicy w lipcu 1995 roku, to oni oblegali Sarajewo przez ponad 3 lata podczas wojny w Bośni, co przypłaciło życiem kilkadziesiąt tysięcy obywateli miasta, czy wreszcie to także właśnie Serbowie, a konkretnie paramilitarna jednostka „Tygrysy” Żeljko Rażnatovicia vel. „Arkana”, dokonali masakry szpitala w Vukovarze w listopadzie 1991 roku. To wszystko oczywiście prawda. Ale nie cała. Bałkany są bardzo specyficznym regionem, gdzie takie rzeczy jak wysiedlenia, pogromy czy konflikty od dawien dawna wpisane były w rzeczywistość. I na pewno nie odpowiadają za nie wyłącznie Serbowie. Zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że w bardziej zamierzchłej już historii to właśnie oni wycierpieli najwięcej. Za fatalny wizerunek tego narodu odpowiadają przede wszystkim skrajnie jednostronne relacje prasowo-telewizyjne z wydarzeń ostatniego ćwierćwiecza, w szczególności zaś z wojen w Chorwacji, Bośni czy też Kosowie. Bo przecież każdy z nas słyszał takie nazwiska jak Miloszević, Karadzić czy Mladić, ale chorwaccy zbrodniarze tacy jak choćby Ante Gotovina czy też tzw. Grupa z Gospicia będą już dla większości anonimowi. O działaniach bośniackich Serbów podczas wojny w Bośni można by napisać pracę magisterską na podstawie samych relacji prasy zachodniej, podczas gdy masakry i gwałty dokonywane tam przez muzułmanów są nadal tematem tabu. Odnośnie Kosowa, wystarczy obejrzeć dostępny na Youtube film pt. „Skradzione Kosowo” wyemitowany swego czasu przez czeską telewizję lub zwyczajnie prześledzić zmiany demograficzne, które mają tam miejsce w ostatnich 10-15 latach, choćby w Prisztinie i Prizrenie – największych miastach Kosowa, by pozbyć się złudzeń, kto tam dokonuje czystek etnicznych. W ostatecznym rozrachunku nie mam najmniejszych wątpliwości, że znacznie więcej nas z Serbami łączy, niż dzieli.

Majcher

(autor przedstawił ten referat w formie prezentacji na spotkaniu Patriae Fidelis w Bristolu 25 lutego)

Publikowany teksty wyraża poglądy i opinie jego autora, za które bierze on odpowiedzialność. Przedruk całości lub części wyłącznie po uzyskaniu zgody autora lub redakcji. Wszelkie prawa zastrzeżone.